Spinka z motylkiem okazała się chłamem. Albo przynajmniej bublem. Jelena co prawda od początku nie wierzyła w jej magiczne moce, była oporna na zabobony, ale nie przypuszczała, że będzie aż tak źle. Przez kolejne dni grzecznie chowała prezent do kieszeni sztabowych dresów, pilnowała, by nie wypadł przez przypadek, a nawet cierpliwie ignorowała fakt, że spinka wbijała jej się w udo, gdy siedziała za bandami.
Cały ten wysiłek poszedł na marne.
Serbki przegrały oba mecz. Najpierw z Chinkami, które powoli wydawały się wracać do dawnej chwały, potem z Belgijkami. Ten drugi mecz bolał jak cholera, bo udało im się odrobić dwa sety, dociągnąć do tie–breaka, już było blisko, a i tak wypuściły wygraną z rąk. Pierwszy turniej kończyły więc z jedną wygraną, trzema przegranymi i poczuciem, że mogły zrobić więcej.
Dlatego zaraz po ostatnim meczu, odbębnieniu obowiązkowego wywiadu (naprawdę, ci dziennikarze robili się coraz bardziej upierdliwi. I dlaczego Tezić zawsze wysyłał właśnie ją?! Czy to już jakaś forma sadyzmu?), Jelena postanowiła oddać Darze spinkę. Jak najszybciej. Może pech zdąży wywietrzeć do kolejnego turnieju.
Był już późny wieczór, a po hotelu kręciły się zawodniczki i sztaby wszystkich drużyn. W pierwszym odruchu Jelena zajrzała do lobby, w którym Dara zwykle pracowała wieczorami. Tym razem jednak Francuzka nie kręciła się na wysokim krześle i nie podgryzała orzeszków.
Potem Blagojević zapukała do małej sali konferencyjnej z kartką IOS na drzwiach, w której zalęgli się opiekunowie drużyn. Zastała tam Kubę (Polska), Irmę (Czechy) i Milę (Belgia), pochylonych nad wielkim, niebieskim planem technicznym czegoś, co niepokojąco przypominało katapultę. Na pytanie Jeleny, czy widzieli Darę, synchronicznie pokręcili głowami, a potem wrócili do omawiania jakiegoś skomplikowanego planu. Jelena była pewna, że usłyszała, jak rozmawiają o radioaktywnych chomikach.
O resztę wolała nie dopytywać.
Ostatecznie skierowała się do pokoju Andeli Tadić, opiekunki reprezentacji Serbii, którą osobiście, jeszcze w czasach zawodniczych, przyprawiła o garść siwych włosów.
Stanowczo zapukała w hotelowe drzwi. Z pokoju dobiegło szuranie, kilka serbskich przekleństw, a potem drzwi otworzyły się na oścież.
Jelena na moment zgłupiała. W progu stała Dara Lavigne we własnej, nadpobudliwej osobie. W obowiązkowej czarnej polówce koordynatora i złotej, plisowanej spódnicy, która odbijała światło hotelowych jarzeniówek.
– O, cześć! – Na widok trenerki Dara zaświeciła idealnie białymi ząbkami. – Do Andeli? Wchodź, wchodź. Choć przyznam, że mamy tu mały kryzys, taki tyci, tyci, ale miejmy nadzieję, że nic poważnego.
Jelena ostrożnie przekroczyła próg pokoju, niepewna czego się spodziewać.
W środku panował półmrok. Paliła się tylko jedna, malutka lampka nad lustrem. Andela leżała na łóżku, na brzuchu, w samym szlafroku, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Jej ciemne loki, zawsze starannie związane frotką, teraz rozrzucone były wokół głowy kobiety. Obok, na szafce nocnej, leżało kilkanaście tabletek.
– Idź sobie, Jelaaa – jęknęła po serbsku Andela, nawet nie podnosząc głowy. – Nie obchodzi mnie, co tym razem zgubiła Zubić, radźcie sobie same.
Jelena zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Znała Tadić dobre osiem lat i wiedziała, że jak większość opiekunów IOS, niewiele rzeczy jest wstanie ją złamać, wyprowadzić z równowagi, tudzież doprowadzić na skraj załamania nerwowego. Ba, wielokrotnie sama tę wytrzymałość testowała. I nigdy nie osiągnęła satysfakcjonującego wyniku.
– Malutkie zatrucie pokarmowe – wyjaśniła usłużnie Dara. – Pomidorki na śniadaniu były nieświeże.
– Przecież wszyscy je jedli – zauważyła cierpko Jelena. Skrzyżowała ręce na piersi. Po zastanowieniu rozprostowała je jednak. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, gdzie nadal chowała spinkę Dary.
– Ale nie wszyscy popijali mlekiem.
– Prawda.
–Więc widzisz. Pewnych związków chemicznych nie można łączyć. Stanowią zagrożenie biologiczne.
– Masz to w tabelkach?
Lavigne w zamyśleniu podrapała się głowie. Sięgnęła po leżący na stole tablet i pospiesznie zaczęła czegoś w nim szukać.
– Będę musiała zaktualizować – mruknęła pod nosem. – Myślisz, że wasze dziewczyny wypełnią mi ankiety?
– Ankiety?
– No wiesz, wpływ połączeń produktów śniadaniowych na samopoczucie ogólne. Może udałoby się nowe standardy wypracować.
– Czy możecie zamknąć?! – przerwała im wściekle Andela. – Jeżeli chcecie sobie pogruchać, to wypierdzielać na korytarz.
Jelena zamarła. Przez ułamek sekundy nie miała pojęcia, co zrobić. W końcu jednak przypomniała sobie, po co w ogóle przyszła. Pospiesznie wyciągnęła z kieszeni spinkę, mając wrażenie, że w pokoju nagle zrobiło się jakoś cieple.
– Chciałam tylko oddać motylka – wyjaśniła. – Chyba niespecjalnie spełnił swoje zadanie.
– Oj… Przepraszam, myślałam, że serio pomoże – Uśmiech na twarzy Dary zmalał o milimetr, a Jelę coś ukuło w serduszku. – Może powinnyśmy spróbować z inną… Chociaż nie, lepiej nie kusić losu. – Francuska sięgnęła po spinkę i sprawnym ruchem wpięła ją sobie we włosy. – Ale dzisiaj dobrze wam już szło, macie potencjał.
– Dzięki – Blagojević aż się wyprostowała dumnie. – Trochę młodych dziewczyn gra, powoli idziemy do przodu.
– Musisz być dla nich wzorem. Wiesz, jesteś TĄ Jeleną Blagojević.
Jelena tylko z zakłopotaniem wzruszyła ramionami. Chciała odpowiedzieć, ale tym momencie świat się skończył, Ziemia stanęła, nastąpiło niewyobrażalne.
Andela Tadić straciła cierpliwość.
– Idźcie sobie! – Przez pokój przeleciała poduszka. – Wynocha! Bo was strzyga zje!
Kobiety posłusznie opuściły pokój, za nim w ruch poszły przedmioty wagi ciężkiej tudzież inne nadnaturalne groźby. Dopiero na korytarzu Jelena pozwoliła sobie na parsknięcie śmiechem. A potem jeszcze raz.
Ostatecznie po prostu zaczęła się śmiech. Dara się przyłączyła. Przez dobre kilka minut stały na środku korytarza, chichocząc jak głupie i nie mogąc złapać oddechu.
– Nie spodziewałam się, że dożyję tego dnia. – Jelena otarła ostatnie łzy rozbawienia. – Nasza Andela wybuchła.
– Przegrałam zakład – przyznała Dara. – Co roku zakładamy się w centrali, kto szybciej straci cierpliwość. Andela czy Arsene Blain od francuskich chłopaków. Zwykle wygrywa Andela, ale w tym roku nie ma N’Gapetha, to szanse Blaina wzrosły.
– Nie mówisz poważnie.
– Mówię bardzo poważnie.
Jelena z niedowierzaniem pokręciła głową. Słyszała o wielu odpałach w IOS, opiekowanie się bandami wyrośniętych przedszkolaków o wartości narodowej bywało męczące, mogło się rzucać na mózg.
– Zakładacie się o coś jeszcze?
– Oh, tylko o drobiazgi. – Dara machnęła lekceważąco ręką. Dopiero teraz Jelena dostrzegła, że koordynatorka ma paznokcie pomalowane w złoto–czarne paski. – Wiesz, kto kogo zwyzywa, kto pierwszy utknie w windzie, kto się kim prześpi, kto pierwszy utknie bez gaci na dachu hali…
– Teraz to zmyślasz.
– Nie wszystkie rzeczy trafiają do mediów.
Blagojević chyba nie chciała wiedzieć więcej. Przejrzała w głowię listę wszystkich swoich zawodniczych odpałów. Trochę ich nazbierała, choć raczej niegroźnych, nikt jej nigdy z aresztu nie wyciągał.
Zerknęła na zegarek. Dochodziła jedenasta. Powinna się położyć. Następnego dnia trzeba było w końcu wcześnie wstać, bo…
– Cholera! – nagle przypomniała sobie o planach na kolejny dzień. – Miałyśmy zrobić wycieczkę. Świątynia, ogródki te sprawę. Dobrze wpływa na morale. Ale związek średnio patrzy na ruszanie się gdziekolwiek większą grupą bez Andeli. – Z irytacją przeczesała palcami włosy. – Czy my na serio jesteśmy dziećmi?
Dara wydęła wargi. Przez chwilę bawiła się przypiętym do paska spódnicy breloczkiem. Małą, błyszczącą żabką z wystawionym językiem.
– Kwestie bezpieczeństwa – stwierdziła w końcu, z pewnością, że wyjaśniła wszystkie tajemnice wszechświata. – Ale hej! Mogę iść z wami! – klasnęła radośnie. – Jak Andela nie dojdzie do siebie. Kwalifikacje mam, wiedzę też. Super, co nie! Sto lat już nie byłam opiekunką! A to najlepsza robota jest!
Jelena omiotła Francuzkę podejrzliwym spojrzeniem, jakby ta właśnie oświadczyła, że zamierza wstąpić do cyrku i trenować niedźwiedzie. Co w sumie nie byłoby bardzo zaskakujące. Serbka podejrzewała, że Dara czułaby się w cyrku jak ryba w wodzie.
– Rano zobaczymy – mruknęła w końcu.
Między nimi znów zapadła cisza. Lavigne kołysała się na obcasach, błądząc wzrokiem po korytarzu, jakby ze wszystkich sił starała się nie patrzeć trenerkę. Jelena z konsternacją zauważyła, że tym razem koordynatorka założyła kolczyki w kształcie maków.
– W ogóle – odezwała się w końcu Dara – Dziękuję za żabki – Odgarnęła za ucho zabłąkany kosmyk ciemnych włosów. – Są śliczne.
– To... nic takiego.
Jelena nie wiedziała, co powiedzieć. Oparła się o ścianę, schowała ręce do kieszeni i nerwowo zaczęła kopać odstający kawałek wykładziny.
Znów było późno. I znów powinna grzecznie podreptać spać, żeby choć trochę nadrobić turniejowe szaleństwo. Ale hej, na co komu sen? Chińczycy w końcu dowieźli kawę, wszystko da się załatać odpowiednią dawką kofeiny.
– Mogę jutro zrobić więcej zdjęć. No wiesz, z wycieczki.
Nie miała pojęcia, dlaczego to zaproponowała. Tak samo jak nie miała pojęcia, dlaczego nagle zapragnęła sprawdzić, gdzie w mieście mają stawy z żabkami.
– Tylko się przygotuj. Andela to przewodniczka pierwsza klasa.
– Oui, chef! – Dara zasalutowała, odwróciła się na pięcie i prawie tańcząc w powietrzu, odbiegła w stronę wind.
Rano cud nie nastąpił. Andela nie doszła do siebie. Całą noc wymiotowała, a rano, gdy jakimś cudem udało jej się zwlec na śniadanie, prawie zagryzła trenera Terzicia. Była zielona. Rozczochrana. Wkurwiona.
Jedynym humanitarnym rozwiązaniem było więc pozostawienie jej w hotelu. Wycieczka krajoznawcza reprezentacji miała odbyć się pod czujnym okiem koordynatorki turnieju. Co z jednej strony wydało się Jelenie pomysłem doskonałym – wycieczki były ważne dla samopoczucia zespołu, a jednocześnie napawało trenerkę dziwnym niepokojem. Jakby metr pięćdziesiąt dziewięć francuskiego huraganu stanowiło realne zaburzenie czasoprzestrzeni.
Dara Lavigne potraktowała obowiązki tymczasowej opiekunki Reprezentacji Serbii bardzo poważnie. Nie miała co prawda obowiązkowej sztabowej koszulki, ale do polówki koordynatora dopięła zalaminowaną flagę Serbii. W ręku trzymała kij z żółtą flagą, a na głowę wcisnęła słomkowy kapelusz z szerokim rondem.
– Nie za bardzo sobie wzięłaś do serca to przewodnikowanie? – zapytała uprzejmie Jelena. Sama miała na sobie obowiązkowy kadrowy mundurek i tylko halowe dresy zamieniła na krótkie spodenki. – Nie miałaś, no wiesz, tylko pilnować żebyśmy się nie pozabijały?
– Przeczytałam wczoraj trzy przewodniki o Nanjing – oświadczyła dumnie Dara. – Jeden co prawda tłumaczyłam z fińskiego, więc możliwe, że coś przekręcę, ale w sumie co za różnica czy porcelanę wypalali w trzystu czy trzystu dziesięciu stopniach, liczy się efekt, co nie. Ruchy wycieczka, ruchy! – pogoniła zespół, który właśnie skończył się zbierać w holu. – Mamy napięty grafik!
Reprezentacja Serbii, niczym grzeczne kaczuszki, ruszyła za swoją nową przewodniczką. Jelena szła na końcu, niby żeby pilnować grupy. Lepiej byłoby nie zgubić kluczowej atakującej lub co gorsza trenera, już na początku ligi narodów. Tak naprawdę wolała zachować bezpieczną odległość od Dary. Francuzka prawie w podskokach prowadziła zespół ulicami miasta, cały czas nawijając o historii mijanych obiektów (Blagojević była przekonana, że połowę faktów zmyśliła) i wymachując na prawo i lewo flagą. Mówiła po angielsku, ale co rusz wtrącał przypadkowe serbskie słówka, co wywoływało salwę śmiechu. Dziewczyny miały ubaw, nawet Terzić zdobył się na coś, co od biedy można było nazwać uśmiechem.
Pierwszym punktem na planie wycieczki była porcelanowa wieża w Nankin. Z zewnątrz wydała się Jelenie wielka, szara, może i ciekawa architektonicznie, ale bez szału. Dara opowiedziała im jakąś kompletnie odklejoną historię o klanie mnichów zombie, którzy hodowali zabójcze kaczki z metalowymi zębami. Mówiła to z takim przekonaniem, że Jelena prawie jej uwierzyła.
Prawie.
W środku było całkiem ciekawe muzeum, dużo światełek, ruszających się elementów i dziwnych korytarzy. Jela porobiła trochę zdjęć. Siatkarki z chęcią pozowały, śmiały się przy tym głośno i wymyślały coraz dziwniejsze kombinacje. Atmosfera w zespole była przednia i Blagojević musiała przyznać, że
Prawdziwą atrakcją był jednak widok z ostatniego piętra. Szeroki taras ciągnął się wokół całej budowli, oferując zwiedzającym panoramę całego miasta, od szklanych wieżowców, przez tradycyjne świątynie, na niskich, zatłoczonych dzielnicach mieszkalnych kończąc.
Tak wysoko powietrze było jakby czystsze. Orzeźwiające. Jelena podeszła do barierki i odetchnęła głęboko.
Cisza i spokój.
I oczywiście Dara, która akurat postanowiła zmaterializować się obok.
– Wiesz w czym jest problem? – zapytała, odchylając rondo kapelusza. – Robisz wszystkim zdjęcia, a nikt nie robi tobie.
- Takie życie fotografa. – Jelena wzruszyła ramionami.
Rondo Dary znowu wygięło się do dołu. Francuzka fuknęła jak mała kotka i odgięła go z powrotem. Nawet wtedy jej brązowe oczy były ledwie widoczne z cienia. W przeciwieństwie do krwisto czerwonej szminki. Jelena dopiero teraz zauważyła, że Lavigne wyjątkowo nie spięła włosów jedną z wielu dziwacznych spinek, a związała w luźny warkocz, teraz przewieszony przez ramię.
– Ciebie też w sumie jeszcze nie fotografowałam – zauważyła, próbując nie skupiać się na malutkiej żabce na gumce, którą Dara związała włosy.
– Czy to jest próba zmiany tematu? – Lavigne skrzyżowała ręce na piersi. Bardzo starała się być poważa i profesjonalna, ale kąciki ust jej drżały, co totalnie wytrącało Jelenę z równowagi.
– Tylko drobna sugestia.
– Byłam z nią pierwsza.
– Ale to ja mam aparat.
– No nie daj się prosić, przecież wiem, że też chcesz ładne zdjęcie.
– Chyba śnisz.
– O tobie całkiem często.
– Że co proszę?!
– Zrobić Wam wspólne zdjęcie?
Pytanie padło nagle, ze strony Anji Zubić, młodej atakującej, która z rozbawieniem przysłuchiwała się całej dyskusji. Zresztą jak połowa kadry. Nawet trener Terzić porzucił swoją naburmuszoną minę i teraz wodził wzrokiem od swojej asystenki do koordynatorki IOS.
– No wiecie, wspólne. To chyba rozwiąże sprawę.
Jelena spojrzała na Darę. Dara spojrzała na Jelenie. Jednocześnie pokiwały głowami, jedna entuzjastycznie, druga z rezygnacją.
– Tylko żeby ładne wyszło. Bo poproszę Zorana o karne kółeczka – ostrzegła Blagojević.
Anja wzięła sobie do serduszka rolę fotografa. Kazała dziewczynom stanąć w konkretnym miejscu, trzy razy zmieniała ich ustawienie, a potem przez kolejne pięć minut sama to podchodziła, to oddalała się, próbując dobrać odpowiednie światło. Ukucnęła nawet blisko ziemi, bo Uzelac, przyjmująca, doradziła jej, że w ten sposób złapie bardziej profesjonalny kąt.
Nie przewidziała jednak Dary Lavigne. Gdy Zubić już miała robić zdjęcie, już prawie miała idealne ujęcie, Dara zmieniła plan. Cofnęła się o krok, wzięła rozbieg i z rozpędem wskoczyła Jelenie na plecy.
– Uśmiech!
I dokładnie ten moment Anja uwieczniła na zdjęciu.
– Czy ciebie już totalnie porąbało, Lavigne?!
– Już dawno!
Jelena ze świstem wypuściła powietrze. Nie wiedziała, czy bardziej jest wkurzona czy rozbawiona. Dara zsunęła się z jej pleców. Teraz stała obok, szczerzyła się głupkowato, kiwając się na swoich absurdalnie wysokich koturnach i mając całkowicie, zero, ale to zero wyrzutów sumienia w związku z faktem, że prawie złamała Serbce kręgosłup.
– Przepisy BHP, tak? – Skrzyżowała ręce na piersi. – Lavigne, czy ty sabotujesz własną pracę?
– Wiem co robię, Blagojević.
– Nie mów, że przeprowadziłaś obliczenia, czy mój kręgosłup to wytrzyma.
– Gorzej. Zrobiłam symulację.
Przez dłuższą chwilę w milczeniu mierzyły się spojrzeniami. Jelena chłodnym, starając się powstrzymać śmiech, Dara buńczucznym, przepełnionym pewnością siebie, której pozazdrościłby jej nawet Ervin N’Gapeth.
Jelena pierwsza odwróciła wzrok. Dara uśmiechnęła się triumfalnie. Odwróciła się do pozostałych zawodniczek. Dziewczyny momentalnie odwróciły głowy. Anja zaczęła pogwizdywać nerwowo, a Branka wydawała się nagle wyjątkowo zainteresowana chińskimi zdobieniami z okresu dynastii Ming.
– Koniec tego przedstawienia, idziemy dalej wycieczka! – Lavigne poprawiła kapelusz i z powrotem wyciągnęła w górę swoją przewodnicką flagę. – Tempo, tempo, mamy napięty grafik – machnęła ręką na drużynę, a czternaście siatkarek podążyło za nią jak małe kaczuszki.
Ostatnim punktem programu były pamiątki. Dużo pamiątek. Dara musiała zrobić research, bo nie zabrała ich do pierwszego lepszego centrum handlowego, czy sklepu czy głównej turystycznej arterii. Zamiast tego znalazła boczną uliczkę pełną warsztatów lokalnych artystów i rzemieślników.
– Macie godzinę – rzuciła do zespołu, jakby byli szkolną wycieczką. – I pamiętajcie, że czeka was dzisiaj jeszcze podróż.
Dziewczyny rozpierzchły się po sklepach. Jelena z chęcią by do nich dołączyła, ale w sumie nie miała pojęcia, co kupić. Jak większość siatkarek była w Chinach już parokrotnie, magnesy przestały jej się mieścić na lodówce, a rodzice i brat odmówili przyjęcia kolejnej figurki.
Wtedy jej oczom rzucił się mały sklepik, wyróżniający się pośród innych. Miał pstrokatą, fioletową witrynę, a na wystawie szczerzyły się kiczowate zwierzątka w różnych kształtach i rozmiarach. Breloczki, kubki, poduszki, długopisy. Wszystko z charakterystycznym, chińskim designem, a według kartki na drzwiach projektowane przez miejscowego projektanta.
Wtedy naszła ją pewna myśl. Pomysł, trochę naiwny, może idiotyczny. Szybko weszła do sklepu, obawiając się, że każda sekunda zwątpienia sprawi, że zmieni zdanie.
Parę godzin później stała przed hotelem z rękami w kieszeni i nerwowo patrzyła na zegar na ścianie recepcji. Dochodziła siedemnasta. Autokar, który miał zawieźć drużynę do Guandong stał już zapakowany, sprawdzony i gotowy do odjazdu. Dziewczyny siedziały w środku, sztab też, nawet nadal zielonkawa Andela odbębniła obowiązkowe sprawdzenie pojazdu. Tylko Jelena zwlekała. Oficjalnie czekała na zielone światło od Dary, która jako główna koordynatorka koordynowała zamknięcie turnieju.
Nieoficjalnie, miała do Lavigne jeszcze jeden, ostatni interes.
– Mam wszystkie pieczątki, podpisy, możecie jechać.
Dara w końcu wyszła z budynku. W jednej ręce trzymała swój nieodłączny tablet, w drugiej różowy, termiczny kubek z kawą. Co Jelena uznała w sumie za trochę straszne, biorąc pod uwagę naturalny poziom pobudzenia Francuzki.
– Nie za późno na kofeinę? – rzuciła z przekąsem.
– Muszę dojechać jeszcze dzisiaj do Linyi – wyjaśniła Dara, nie odrywając wzroku od tabletu. – Chłopaki pojutrze zaczynają turniej, jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się do prowadzenia po chińskich drogach.
Jelena odruchowo zacisnęła i rozprostowała palce. Przestąpiła z nogi na nogę, dłoń zacisnęła się na ukrytym w kieszeni breloczku.
– Ja... mam coś dla ciebie – wydukała w końcu.
Lavgine oderwała wzrok od ekranu.
– Dla mnie? – z zaciekawieniem przekrzywiła głowę.
Blagojević wyjęła breloczek z kieszeni. Miała wrażenie, że gumowa żabka wpatruje się w nią jeszcze bardziej oceniająco niż w sklepie.
– To drobiazg. Ale pomyślałam, że ci się spodoba – Ostrożnie położyła żabę na ekranie tabletu.
Darze zaświeciły się oczy. Nie zapiszczała radośnie, nie wyszczerzyła się głupkowato, czego oczekiwała Jelena. Zamiast tego uśmiechnęła się lekko. Chwyciła breloczek w dwa palce i uniosła na wysokość oczu.
– Dziękuję. Na pewno przyniesie mi szczęście na trasie.
– Taki był zamysł.
Dara zrobiła krok do przodu. Potem drugi i zanim Jelena zdążyła zareagować, zamknęła trenerkę w szczelnym uścisku.
– Do zobaczenia na Filipinach – szepnęła. – Pamiętaj, by porobić zdjęcia Guandong. Szczególnie jak spotkasz zwierzątka.
Serbka niepewnie objęła koordynatorkę. Znów poczuła rozchodzące się po całym ciele ciepełko. Jakby wypiła kubek gorącego, słodkiego kakao.
– Będę pamiętać. A ty daj znać, jak dojedziesz do Linyi.
– Dam. Słowo koordynatora.
Chwilę później, wchodząc do autokaru, Jelena czuła na sobie spojrzenia wszystkich zawodniczek i sztabu. Opadła na swoje miejsce przy oknie, wyciągnęła z plecaka słuchawki, a głowę oparła o okno. Liczyła, że aż do hotelu wszyscy dadzą jej święty spokój.
Gdy odblokowała telefon, by włączyć swoją ulubioną podróżną playlistę, zauważyła jedno powiadomienie z Messengera. Otworzyła je szybko, ignorując przyspieszone bicie serca.
Wiadomość była od Dary. Zawierała tylko jedno zdjęcie. Gumową żabkę przyczepioną do pęku kluczy.
Jelena uśmiechnęła się do siebie. Nie odpisała. Schowała telefon z powrotem do plecaka. Krajobraz za oknem zaczął się zmieniać, a ona pozwoliła swoim myślom swobodnie płynąć. Chwilę później zasnęła, a śniła o gumowych żabkach z czerwonymi spinkami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz