Reprezentacja Serbii miała być Guandong tydzień. Potrenować, zagrać z miejscową drużyną i nie martwić się tak bardzo jet–lagiem. Kolejny turniej rozgrywały na Filipinach, powrót do Europy byłyby więc kompletnie bez sensu. By nie tracić czasu, formy i pieniędzy związku, drużyna spędzała cały miesiąc w Azji. Niektóre młodsze zawodniczki ciężko znosiły tak długi pobyt na walizkach, te bardziej doświadczone znały już specyfikę turniejów. Jelena również. Nie przerażały ją ani długie loty, ani harmonogramy prania, a już na pewno nie równica stref czasowych. Zresztą przez telefon rozmawiała tylko z rodzicami, braciom i przyjaciołom wysyłała wiadomości. Czasami wrzuciła coś na Instagrama albo skomentowała na Twitterze kolejną głupią decyzję sędziego. Choć ostatnio coraz rzadziej. Praca trenera zżerała jej czas i chęci użerania się z ludźmi.
A jednak coś ją gryzło. Mięło. Gdzieś głęboko w środeczku. Robiła wszystkie rzeczy, które asystent trenera powinien robić, plus z dziesięć dodatkowych, statystyki, strategie, indywidualne plany. Od rana do wieczora, bez chwili wytchnienia, a i tak miała wrażenie, że nie potrafi sobie znaleźć miejsca.
– Blagojević, czy ty się modlisz do tego telefonu?
Jelena podniosła gwałtownie głowę znad kosza z ręcznikami. Przednią stał trener Terzić, możliwe, że trochę wkurzony, choć to był chyba stan permanentny. Właśnie kończyli poranny trening na siłowni. Dziewczyny rozciągały się, a Jelenie przypadło zebranie ręczników, tejpów i całego barachła, które jakimś cudem rozlazło się po siłowni.
Tylko, że utknęła gdzieś pomiędzy rowerkami, a atlasem, zgarbiona, pochylona nad komórką, zatopiona we własnych myślach.
– Przepraszam – mruknęła, z zakłopotaniem chowając komórkę do kieszeni. – Z zamyśliłam się.
– Właśnie widzę – prychnął Zoran. – Co się z tobą dzisiaj dzieje, Jelena? – zapytał już bardziej zaniepokojony niż zły.
Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia, co powiedzieć, choć musiała przyznać – to było dziwne. Zwykle zostawiała telefon w torbie, wyciszony, zablokowany, sięgała po niego dopiero po treningu. Tym razem bezmyślnie schowała komórkę do kieszeni spodni. I co jakiś czas zerkała na czarny ekran. Całkowicie nieprofesjonalnie, ale na wszelki wypadek, jakby pojawiło się powiadomienie. Jakie? Od kogo? Sama nie wiedziała.
A raczej nie chciała wiedzieć.
– Nie wchodzę w twoje życie prywatne – kontynuował Terzić. – Ale jeśli to coś poważnego, to powiedz. Dziewczyny cię potrzebują, ja cię potrzebuję i ty potrzebujesz siebie samej.
– Zabrzmiało bardzo filozoficznie.
– Jestem doskonałym filozofem.
Jelena parsknęła śmiechem. Rozluźniła się. Schowała komórkę do kieszeni i sięgnęła po ostatnią partię ręczników.
– To chyba po prostu przemęczenie – przyznała. – Rzeszów trochę spadł na mnie znienacka, kadra… za dużo się dzieje naraz.
– W takim razie spróbuj złapać trochę oddechu – Trener pokrzepiająco poklepał ją po ramieniu. – Bo jeszcze mi chellenge zgłosisz nie tam, gdzie trzeba i co ja powiem dziennikarzom?
– To ja rozmawiam z mediami.
– W takim razie to twój problem. Zbieraj się, za dwadzieścia minut zrobimy wideo. – Odwrócił się na pięcie i odszedł, wesoło pogwizdując pod nosem.
Jelena przetarła dłonią zmęczone oczy. O tak, zdecydowanie potrzebowała odpoczynku. Bez siatkówki, bez telefonu i zdecydowanie bez żab.
Prawda była jednak tak, że czasu wolnego prawie nie miały. Treningi, spotkania sztabu, znów treningi, kolejne spotkania. Jeszcze więcej taktyki, jeszcze więcej statystyk i planów rozwoju. Po trzech dniach, gdy Jelena zamykała oczy, pod powiekami widziała tabelki z DataVolley.
W nielicznych chwilach oddechy chwytała aparat i kręciła się po okolicy. Obiecała Darze zdjęcia zwierzątek i tym razem zamierzała obietnicy dotrzymać. Szukała więc żab, jaszczurek, kolorowych ptaków i przemykających ukradkiem ulicznych kotów. Głównie co prawda znajdywała szczury. Początkowo uznała, że są niefotogeniczne, ale po chwili namysłu stwierdziła, że Lavigne nawet szczury może uznać za urocze. Każde zdjęcie zgrywała potem na komputer i wysyłała Francuzce. Czasami dostawała odpowiedź od razu. Serduszko lub inną emotkę. Czasami musiała czekać aż do późnego wieczoru, gdy wszystkie męskie drużyny kończyły grać.
Zawodniczki i sztab przyglądały się tym nowym zwyczajom z mieszaniną zaciekawienia i konsternacji. Zoran Terzić zaczął się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie podmienił mu asystentki, a Andela, która już całkowicie doszła do siebie po zatruciu, przezornie zaczęła dwa razy powtarzać Jelenie każdą informacje. Kusiło ją, by podpytać o powód tak nagłych braków skupienia, z czystej troski, w końcu jako opiekunka powinna dbać o dobrostan psychiczny swoich podopiecznych. Znała jednak Blagojević od wielu lat i w sprawach prywatnych kobiety mogła równie dobrze wróżyć z kart.
Żadnych oporów nie miały za to młodsze zawodniczki.
– Jela, przyznaj, co ćpasz?
Osaczyły ją we trzy Anja Zubić, Bianca Tica i Aleksandra Uzelac, po popołudniowym treningu, gdy trenerka kończyła tłumaczyć i poprawiać komunikat od Terzicia dla mediów VNL. Siedziała na recepcji hotelu, po jednej stronie laptopa mając zapisaną kartę i długopis, po drugiej telefon, na który co chwilę mimowolnie zerkała.
– Wiecie, że takie oskarżenia bywają niebezpieczne – rzuciła, nie podnosząc wzroku znad tekstu Zorana.
– Ale my nie mówimy o substancjach prawnie zakazanych – prychnęła Anja. – Mówimy o endorfinowym haju, bo tak wyglądasz. Zakochałaś się, czy co?
Jelena zamarła z długopisem w ręce. Powoli spojrzała na atakującą tak, jakby ta urwała się co najmniej z Księżyca.
– Skąd ta myśl?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Stojąca obok Aleksandra parsknęła śmiechem.
– Mojej siostra też taka oderwana chodziła, jak się z tym swoim dupkiem zaczynała spotykać – wyjaśniła. – Krótko to trwało, ale walnęło ją nieźle.
– No właśnie – Bianca wsunęła się na krzesło naprzeciwko Jeleny. – Co to za szczęściarz?
– Nie ma żadnego szczęściarza – warknęła Blagojević. – A teraz łaskawie dajcie mi pracować.
Siatkarki wymieniły znaczące spojrzenia. Nie ruszyły się nawet o milimetr. Nadal wpatrywały się wyczekująco w trenerkę, jakby spodziewając się, że ta posiada rozwiązania wszystkich tajemnic tego świata.
Jelena ze świstem wypuściła powietrze. Odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce na piersi. Na ekranie telefonu rozbłysła ikonka wiadomości. Serbka musiała włożyć sporo silnej woli, by nie sięgnąć po komórkę.
Dziewczyny to zauważyły. Na twarzy Bianci pojawił się triumfalny uśmiech. Pochyliła się nad stołem, przykryła dłonią telefon Jeleny, a w jej oczach zatańczyły chytre ogniki.
– Na jaką wiadomość tak czekasz? – zapytała przebiegle. – A raczej od kogo?
Blagojević zmięła w ustach przekleństwo. Zacisnęła pięści, już szykując jakąś ciętą ripostę.
Tylko, że w głowie miała pustkę. Kompletną. Nic. Prawda była taka, że sama nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie Tici. Na co czekała? Co nie dawało jej spać? Dlaczego cały czas czuła jakąś pustkę, niecierpliwość, jakby na coś czekała?
Pokręciła z rezygnacją głową. Z rezygnacją zamknęła laptopa i oparła głowę na rękach.
– Nikogo nie ma, dziewczyny – powtórzyła zrezygnowana. – Wiecie, że nie mam szczęścia do facetów i w najbliższym czasie raczej mieć nie będę. Trudno, takie życie. A to roztargnienie... Ciężki sezon, okej?
Bianca uniosła brew, Zubić prychnęła kpiąco, a Uzelac tylko przewróciła oczami. Jelena je rozumiała, sama chciałaby wiedzieć więcej. Albo chociaż cokolwiek.
– Jak tam chcesz – Tica wstała od stołu. – Ale nie myśl, że to koniec. Przed nami nic się nie ukryje, trenerko. – Obróciła się na pięcie i odeszła w stronę wind, a koleżanki podążyły za nią.
Jelena została sama z notatkami Terzicia i własnymi myślami. Drżącą ręką sięgnęła po telefon i odblokowała ekran. Wiadomość była od jej brata. Pytał, czy wpadnie do domu między powrotem z Azji, a turniejem w Belgradzie.
Dziwne ukłucie rozczarowania zaskoczyło kobietę. Pospiesznie odpisała bratu, zapewniając, że owszem, na dwa dni przyjedzie, mówiła przecież rodzicom. Zamierzała zresztą przywieźć im trochę pamiątek z Filipin, coś ciekawego, jedzenie, przyprawy. Mama bywała trochę konserwatywna w kuchni, ale Jovana, bratowa, lubiła eksperymentować.
Otworzyła z powrotem laptopa. Na ekranie pojawił się edytor z tłumaczonym komunikatem, a w tle aplikacja do edycji zdjęć. Zupełnie zapomniała, że po skończonej pracy zamierzała poprawić zdjęcie małego rudego kotka, który siedział sobie na słupie przy skrzyżowaniu. Wyglądał bardzo malowniczo na tle kolorowej witryny sklepu z porcelaną.
Darze się spodoba.
Pokręciła gwałtownie głową. Siatkówka, musiała skupić się na siatkówce.
– Dobra, Jela weź się w garść. – Rozprostowała palce nad klawiaturą. – Masz zadanie do wykonania i to jest teraz najważniejsze. – Pochyliła się i kompletnie zatopiła się w swoich obowiązkach.
W tym samym czasie, gdy Jelena próbowała skupiać się na pracy z kadrą, Dara starała się ze wszystkich sił utrzymać przy życiu sześć męskich drużyn, które przyjechały do Linyi na pierwszy turniej Ligi Narodów. Co wcale nie było proste. Po pierwsze – byli tam Polacy. I Japończycy. Dwa zespoły, które statystycznie przyciągały najwięcej zdarzeń dziwnych, nadnaturalnych i niestandardowych. Po drugie – w Linyi też brakowało kawy. W dużych ilościach, szczególnie przy śniadaniu. Co wywoływało nieprzewidywalna zachowania u członków sztabów, niezależnie od kraju, z którego prowadzili.
Dlatego też Dara spędziła pięć dni zadręczając obsługę hotelu i zapobiegając kryzysom dyplomatycznym. Do pomocy miała oczywiście opiekunów poszczególnych drużyn, w tym Marie, córkę Zosi, ale ci głównie gasili pomniejsze pożary. Jak zgubione nakolanniki, albo zatrzaśnięcie w bagażniku autokaru.
No i był jeszcze ten incydent z ciasteczkami z wróżbą.
Dlatego przez większość dnia Dara nie miała nawet sekundy, by usiąść spokojnie i zerknąć na telefon w celu innym, niż zadzwonienie do kolejnego upierdliwego urzędnika z FIVB. Gdy w końcu późno w nocy padała na łóżko w swoim pokoju, nie marzyła tylko o śnie, słodkim głębokim śnie. I to najlepiej takim, w którym pojawiają się żabki. Dużo żabek.
I może pewna serbska trenerka.
Tylko, że sen rzadko przychodził od razu. Po tylu latach Dara już się przyzwyczaiła. Dlatego po piętnastu minutach przewracania się z boku na bok, koordynatorka sięgała po telefon i odpalała wywiady. Uwielbiała oglądać wywiady siatkarskie. Zawodnicy, trenerzy. Mimika, nastroje, uszczypliwości. Źródełko nigdy nie wysychało, a teraz znalazła sobie zupełnie nowy, niezbadany obiekt zainteresowania.
Problem był w tym, że Jelena większość wywiadów udzielała po polsku. Lavigne mówiła w pięciu językach, w tym po chińsku, ale polskiego na liście nie było. Automatyczne tłumaczenie z Youtuba, nawet jeśli dostępne było beznadziejne, Dara była pewna, że Serbka nie mówi o blokowaniu bobrów w sklepie z lodami.
Potrzebowała więc tłumacza. Kogoś, kto byłby wstanie płynnie przełożyć polski na francuski i miał dużo wolnego czasu. Na szczęście, to nie był problem. Dara nie miała żadnych oporów przed wykorzystywaniem najbliższych.
Przekonała się o tym, niebezpośrednio, Zofia Krasicka. Był ciepły czerwcowy poranek, ósma rano. Siedziała na tarasie przed domem, powoli dopijała trzecią kawę, a przed nią leżały wytyczne nawiązywania kontaktu z miejscową policją, które konsultowała na prośbę Działu Bezpieczeństwa IOS. Obok niej Stephane Antiga oglądał na laptopie powtórki z meczów ligowych, układając plan treningowy na kolejny sezon. Razem z żoną i córką przyjechali do Rzeszowa kilka dni wcześniej. Stephanie miała teraz intensywny okres w szkole tańca, którą prowadziła, końcówka semestru wiązała się z wieloma próbami, dogrywaniem sali, kostiumów i spędzaniem po piętnaście godzin studiu. Zosia zaprosiła więc przyjaciół na cały tydzień. Oni mogli pracować w spokoju, Manoline łapała chwilę oddechu po maturach, a Ivan był przeszczęśliwy, że ma dla kogo gotować.
– Jak wy sobie poradzicie w przyszłym sezonie? – rzuciła Zosia, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Timote w Warszawie, Mano na Hawajach...
– Nie mam pojęcia – westchnął Stephane. – Już bez Timiego w domu było pusto, a bez obojga? Jakby się człowiek cofnął o dwadzieścia lat. Tylko wzrok nie ten. – Odruchowo poprawił zatknięte na nosie okulary.
Zosia uśmiechnęła się kpiąco.
– Stary jesteś po prostu. Minęły już czasy, gdy pół hali do ciebie wzdychało.
– Ej! Nadal wzdycha!
– Jakaś jedna czwarta. I z średnią wieku powyżej sześćdziesięciu.
– Sugerujesz, że zbrzydłem na starość?
– Ja nic nie sugeruję. Ja cię zwyczajnie, po chamsku obrażam.
Antiga w zadumie pokiwał głową.
– Jak tak, to w porządku.
W tym momencie dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. Wspomniana Manoline Antiga wypadła przez próg, przegalopowała przez taras, wyminęła rząd donic i z piskiem adidasów zatrzymała się przy stoliku.
– Ja zaraz oszaleję! – wściekle rzuciła komórkę na blat. – Zwariuję! Na mózg mi padnie! Ja już nie mam siły!
Stephane uniósł ze zdziwieniem brew. Zamknął powoli laptopa, zmierzył córkę cierpliwym spojrzeniem, a potem zerknął na Zosię. Kobieta tylko wzruszyła ramionami. Uwielbiała swoją chrześniaczkę nad życie, ale już dawno przestała rozumieć jej humory. Mano miała za dużo energii, za dużo pomysłów i zdecydowanie za mało oporów, nawet jak na osiemnastolatkę.
– Co się stało, skarbie? – zapytał spokojnie trener.
– Raczej kto! Ciocia Dara się stała! – Dziewczyna ciężko opadła na krzesło. – Każe mi wywiady tłumaczyć. W sensie, okej, nie każe tylko prosi, ale wiecie jak to z ciocią Darą jest. Jej się nie odmawia. Nigdy! Nunca!
– Ciężko się nie zgodzić – mruknęła pod nosem Zosia. – Ale o jakich wywiadach mówisz?
Manoline zmrużyła oczy, co nadało jej wygląd przyczajonego rysia. Odblokowała komórkę i popchnęła ją w stronę dorosły.
– Proszę bardzo, sami zobaczcie.
Na ekranie pojawiło się logo Developresu Rzeszów, a potem nagranie z jednego z gabinetów. Na ciemnej, skórzanej kanapie siedziała Jelena Blagojević w szarej, pozameczowej koszulce klubów. Wywiad musiał być sprzed paru lat, bo Stephane kojarzył te koszulki jeszcze z początków swojej kariery w klubie.
– Ciocia każe mi tłumaczyć wywiady z Jeleną – wyjaśniła w końcu Manoline. – To już chyba dziesiąty albo jedenasty. Pisze o najdziwniejszych porach, ja wiem, że w Chinach siedzi, różnica czasu i tak dalej, ale ludzie no, dajcie żyć! I o tłumaczenie prosi. Żebym emocje oddawała, jakie kuźwa emocje! I jeszcze emotki wysyła, te z słodkimi oczkami, jak ja niby mam powiedzieć nie? Ja asertywna jestem, tak mnie z mamą wychowaliście, ale ciocia Dara to jest jakiś wyższy poziom manipulacji!
Stephane i Zosia wymienili znaczące spojrzenia. Musieli się zgodzić z Manoline. Znali Darę ponad dwadzieścia lat, w końcu była młodszą siostrą ich przyjaciela ze szkoły. Wiedzieli, że jeśli na coś uprze – a upierała się często – dopnie swego za wszelką cenę.
– Ale, że z naszą Jeleną...? – Zosia odchyliła się na krześle się i założyła ręce za głową.
– W sumie to ma sens. – Stephane w zamyśleniu podrapał się po brodzie.
– Naprawdę?
– Dla mnie owszem.
– Dla ciebie wiele bezsensownych rzeczy ma sens. – Zosia spojrzała na niego z pobłażaniem.
Manoline patrzyła to na ojca, to na Zosię, nie mając bladego pojęcia o czym znowu mówią. Przez ułamek sekundy nawet próbowała zrozumieć, choć wiedziała, że z góry skazana jest na niepowodzenie. Relacja między starymi przyjaciółmi była podobna do tej, którą sama miał z Timotim. Mogli pokłócić się o ładowarkę, czy ostatnie ciastko, ale rozumieli się bez słów i stawali za sobą murem.
– Dobra, poddaję się – Uniosła w końcu obie ręce. – Szczerze? Głęboko gdzieś mam po co cioci Darze te wywiady. Jeśli wyrobiła sobie jakąś nową obsesję, to przekażcie Jelenie moje najszczersze wyrazy współczucia. Ale błagam, niech Dara się łaskawie ode mnie odczepi!
Zosia parsknęła śmiechem. Wyciągnęła własną komórkę i szybko napisała wiadomość. Po kilkunastu sekundach przyszła odpowiedź.
– Opchnęłam to Arsenemu – wyjaśniła Krasicka, widząc wyczekujące spojrzenie Manoline. – Tłumacza synchronicznego jej podeśle. W IOS jest jeszcze w fazie testów, to akurat sobie Dara potestuje.
– I da mi spokój?
– Powinna.
Dziewczyna z satysfakcją pokiwała głową. Zgarnęła swój telefon, a potem wstała, głośno szurając krzesłem.
– Dobra, to ja spadam. Wybieramy z dziewczynami cieszynkę na ten sezon i mam bardzo poważnego kandydata– Odwróciła się na pięcie i odeszła, z nosem utkwionym w ekranie.
Stephane i Zosia odprowadzili ją wzrokiem.
– Może powinniśmy jej powiedzieć? – zapytał bez przekonania Stephane. – W sumie dorosła jest.
– Ta, jasne. – Krasicka przewróciła oczami. – Od razu powiedziałaby Marie, Marie Maksowi Graniecznemu, Maks reszcie chłopaków z kadry i siatkarską pocztą pantoflową, najszybszą na świecie, dotarłoby do Jeleny.
– To aż tak źle?
Zosia zacisnęła usta. Pochyliła się nad stołem i oparła głowę na rękach. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ogród. Wysoka, stara czereśnia pięknie w tym roku obrodziła. Drzewko uginało się od czerwonych owoców, które błyszczały w słońcu, zachęcając do spróbowania.
– Nie wiem – przyznała niechętnie. – Ale Dara to huragan. Jeśli nie rozegra tego ostrożnie, zmiecie z powierzchni i siebie, i Jelenę. A tego możemy nie przetrwać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz