czwartek, 30 lipca 2026

Rozdział 4

 

Reprezentacja Serbii miała być Guandong tydzień. Potrenować, zagrać z miejscową drużyną i nie martwić się tak bardzo jet–lagiem. Kolejny turniej rozgrywały na Filipinach, powrót do Europy byłyby więc kompletnie bez sensu. By nie tracić czasu, formy i pieniędzy związku, drużyna spędzała cały miesiąc w Azji. Niektóre młodsze zawodniczki ciężko znosiły tak długi pobyt na walizkach, te bardziej doświadczone znały już specyfikę turniejów. Jelena również. Nie przerażały ją ani długie loty, ani harmonogramy prania, a już na pewno nie równica stref czasowych. Zresztą przez telefon rozmawiała tylko z rodzicami, braciom i przyjaciołom wysyłała wiadomości. Czasami wrzuciła coś na Instagrama albo skomentowała na Twitterze kolejną głupią decyzję sędziego. Choć ostatnio coraz rzadziej. Praca trenera zżerała jej czas i chęci użerania się z ludźmi.

A jednak coś ją gryzło. Mięło. Gdzieś głęboko w środeczku. Robiła wszystkie rzeczy, które asystent trenera powinien robić, plus z dziesięć dodatkowych, statystyki, strategie, indywidualne plany. Od rana do wieczora, bez chwili wytchnienia, a i tak miała wrażenie, że nie potrafi sobie znaleźć miejsca. 

– Blagojević, czy ty się modlisz do tego telefonu? 

Jelena podniosła gwałtownie głowę znad kosza z ręcznikami. Przednią stał trener Terzić, możliwe, że trochę wkurzony, choć to był chyba stan permanentny. Właśnie kończyli poranny trening na siłowni. Dziewczyny rozciągały się, a Jelenie przypadło zebranie ręczników, tejpów i całego barachła, które jakimś cudem rozlazło się po siłowni. 

Tylko, że utknęła gdzieś pomiędzy rowerkami, a atlasem, zgarbiona, pochylona nad komórką, zatopiona we własnych myślach. 

– Przepraszam – mruknęła, z zakłopotaniem chowając komórkę do kieszeni. – Z zamyśliłam się. 

– Właśnie widzę – prychnął Zoran. – Co się z tobą dzisiaj dzieje, Jelena? – zapytał już bardziej zaniepokojony niż zły. 

Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia, co powiedzieć, choć musiała przyznać – to było dziwne. Zwykle zostawiała telefon w torbie, wyciszony, zablokowany, sięgała po niego dopiero po treningu. Tym razem bezmyślnie schowała komórkę do kieszeni spodni. I co jakiś czas zerkała na czarny ekran. Całkowicie nieprofesjonalnie, ale na wszelki wypadek, jakby pojawiło się powiadomienie. Jakie? Od kogo? Sama nie wiedziała.

A raczej nie chciała wiedzieć. 

– Nie wchodzę w twoje życie prywatne – kontynuował Terzić. – Ale jeśli to coś poważnego, to powiedz. Dziewczyny cię potrzebują, ja cię potrzebuję i ty potrzebujesz siebie samej. 

– Zabrzmiało bardzo filozoficznie. 

– Jestem doskonałym filozofem. 

Jelena parsknęła śmiechem. Rozluźniła się. Schowała komórkę do kieszeni i sięgnęła po ostatnią partię ręczników. 

– To chyba po prostu przemęczenie – przyznała. – Rzeszów trochę spadł na mnie znienacka, kadra… za dużo się dzieje naraz. 

– W takim razie spróbuj złapać trochę oddechu – Trener pokrzepiająco poklepał ją po ramieniu. – Bo jeszcze mi chellenge zgłosisz nie tam, gdzie trzeba i co ja powiem dziennikarzom? 

– To ja rozmawiam z mediami. 

– W takim razie to twój problem. Zbieraj się, za dwadzieścia minut zrobimy wideo. – Odwrócił się na pięcie i odszedł, wesoło pogwizdując pod nosem. 

Jelena przetarła dłonią zmęczone oczy. O tak, zdecydowanie potrzebowała odpoczynku. Bez siatkówki, bez telefonu i zdecydowanie bez żab. 

Prawda była jednak tak, że czasu wolnego prawie nie miały. Treningi, spotkania sztabu, znów treningi, kolejne spotkania. Jeszcze więcej taktyki, jeszcze więcej statystyk i planów rozwoju. Po trzech dniach, gdy Jelena zamykała oczy, pod powiekami widziała tabelki z DataVolley.  

W nielicznych chwilach oddechy chwytała aparat i kręciła się po okolicy. Obiecała Darze zdjęcia zwierzątek i tym razem zamierzała obietnicy dotrzymać. Szukała więc żab, jaszczurek, kolorowych ptaków i przemykających ukradkiem ulicznych kotów. Głównie co prawda znajdywała szczury. Początkowo uznała, że są niefotogeniczne, ale po chwili namysłu stwierdziła, że Lavigne nawet szczury może uznać za urocze. Każde zdjęcie zgrywała potem na komputer i wysyłała Francuzce. Czasami dostawała odpowiedź od razu. Serduszko lub inną emotkę. Czasami musiała czekać aż do późnego wieczoru, gdy wszystkie męskie drużyny kończyły grać. 

Zawodniczki i sztab przyglądały się tym nowym zwyczajom z mieszaniną zaciekawienia i konsternacji. Zoran Terzić zaczął się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie podmienił mu asystentki, a Andela, która już całkowicie doszła do siebie po zatruciu, przezornie zaczęła dwa razy powtarzać Jelenie każdą informacje. Kusiło ją, by podpytać o powód tak nagłych braków skupienia, z czystej troski, w końcu jako opiekunka powinna dbać o dobrostan psychiczny swoich podopiecznych. Znała jednak Blagojević od wielu lat i w sprawach prywatnych kobiety mogła równie dobrze wróżyć z kart. 

Żadnych oporów nie miały za to młodsze zawodniczki. 

– Jela, przyznaj, co ćpasz? 

Osaczyły ją we trzy Anja Zubić, Bianca Tica i Aleksandra Uzelac, po popołudniowym treningu, gdy trenerka kończyła tłumaczyć i poprawiać komunikat od Terzicia dla mediów VNL. Siedziała na recepcji hotelu, po jednej stronie laptopa mając zapisaną kartę i długopis, po drugiej telefon, na który co chwilę mimowolnie zerkała. 

– Wiecie, że takie oskarżenia bywają niebezpieczne – rzuciła, nie podnosząc wzroku znad tekstu Zorana. 

– Ale my nie mówimy o substancjach prawnie zakazanych – prychnęła Anja. – Mówimy o endorfinowym haju, bo tak wyglądasz. Zakochałaś się, czy co? 

Jelena zamarła z długopisem w ręce. Powoli spojrzała na atakującą tak, jakby ta urwała się co najmniej z Księżyca. 

– Skąd ta myśl? 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. Stojąca obok Aleksandra parsknęła śmiechem.

– Mojej siostra też taka oderwana chodziła, jak się z tym swoim dupkiem zaczynała spotykać – wyjaśniła. – Krótko to trwało, ale walnęło ją nieźle. 

– No właśnie – Bianca wsunęła się na krzesło naprzeciwko Jeleny. – Co to za szczęściarz? 

– Nie ma żadnego szczęściarza – warknęła Blagojević. – A teraz łaskawie dajcie mi pracować. 

Siatkarki wymieniły znaczące spojrzenia. Nie ruszyły się nawet o milimetr. Nadal wpatrywały się wyczekująco w trenerkę, jakby spodziewając się, że ta posiada rozwiązania wszystkich tajemnic tego świata. 

Jelena ze świstem wypuściła powietrze. Odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce na piersi. Na ekranie telefonu rozbłysła ikonka wiadomości. Serbka musiała włożyć sporo silnej woli, by nie sięgnąć po komórkę. 

Dziewczyny to zauważyły. Na twarzy Bianci pojawił się triumfalny uśmiech. Pochyliła się nad stołem, przykryła dłonią telefon Jeleny, a w jej oczach zatańczyły chytre ogniki. 

– Na jaką wiadomość tak czekasz? – zapytała przebiegle. – A raczej od kogo?

Blagojević zmięła w ustach przekleństwo. Zacisnęła pięści, już szykując jakąś ciętą ripostę. 

Tylko, że w głowie miała pustkę. Kompletną. Nic. Prawda była taka, że sama nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie Tici. Na co czekała? Co nie dawało jej spać? Dlaczego cały czas czuła jakąś pustkę, niecierpliwość, jakby na coś czekała? 

Pokręciła z rezygnacją głową. Z rezygnacją zamknęła laptopa i oparła głowę na rękach. 

– Nikogo nie ma, dziewczyny – powtórzyła zrezygnowana. – Wiecie, że nie mam szczęścia do facetów i w najbliższym czasie raczej mieć nie będę. Trudno, takie życie. A to roztargnienie... Ciężki sezon, okej? 

Bianca uniosła brew, Zubić prychnęła kpiąco, a Uzelac tylko przewróciła oczami. Jelena je rozumiała, sama chciałaby wiedzieć więcej. Albo chociaż cokolwiek. 

– Jak tam chcesz – Tica wstała od stołu. – Ale nie myśl, że to koniec. Przed nami nic się nie ukryje, trenerko. – Obróciła się na pięcie i odeszła w stronę wind, a koleżanki podążyły za nią. 

Jelena została sama z notatkami Terzicia i własnymi myślami. Drżącą ręką sięgnęła po telefon i odblokowała ekran. Wiadomość była od jej brata. Pytał, czy wpadnie do domu między powrotem z Azji, a turniejem w Belgradzie. 

Dziwne ukłucie rozczarowania zaskoczyło kobietę. Pospiesznie odpisała bratu, zapewniając, że owszem, na dwa dni przyjedzie, mówiła przecież rodzicom. Zamierzała zresztą przywieźć im trochę pamiątek z Filipin, coś ciekawego, jedzenie, przyprawy. Mama bywała trochę konserwatywna w kuchni, ale Jovana, bratowa, lubiła eksperymentować. 

Otworzyła z powrotem laptopa. Na ekranie pojawił się edytor z tłumaczonym komunikatem, a w tle aplikacja do edycji zdjęć. Zupełnie zapomniała, że po skończonej pracy zamierzała poprawić zdjęcie małego rudego kotka, który siedział sobie na słupie przy skrzyżowaniu. Wyglądał bardzo malowniczo na tle kolorowej witryny sklepu z porcelaną. 

Darze się spodoba. 

Pokręciła gwałtownie głową. Siatkówka, musiała skupić się na siatkówce. 

– Dobra, Jela weź się w garść. – Rozprostowała palce nad klawiaturą. – Masz zadanie do wykonania i to jest teraz najważniejsze. – Pochyliła się i kompletnie zatopiła się w swoich obowiązkach. 

 

W tym samym czasie, gdy Jelena próbowała skupiać się na pracy z kadrą, Dara starała się ze wszystkich sił utrzymać przy życiu sześć męskich drużyn, które przyjechały do Linyi na pierwszy turniej Ligi Narodów. Co wcale nie było proste. Po pierwsze – byli tam Polacy. I Japończycy. Dwa zespoły, które statystycznie przyciągały najwięcej zdarzeń dziwnych, nadnaturalnych i niestandardowych. Po drugie – w Linyi też brakowało kawy. W dużych ilościach, szczególnie przy śniadaniu. Co wywoływało nieprzewidywalna zachowania u członków sztabów, niezależnie od kraju, z którego prowadzili. 

Dlatego też Dara spędziła pięć dni zadręczając obsługę hotelu i zapobiegając kryzysom dyplomatycznym. Do pomocy miała oczywiście opiekunów poszczególnych drużyn, w tym Marie, córkę Zosi, ale ci głównie gasili pomniejsze pożary. Jak zgubione nakolanniki, albo zatrzaśnięcie w bagażniku autokaru. 

No i był jeszcze ten incydent z ciasteczkami z wróżbą. 

Dlatego przez większość dnia Dara nie miała nawet sekundy, by usiąść spokojnie i zerknąć na telefon w celu innym, niż zadzwonienie do kolejnego upierdliwego urzędnika z FIVB. Gdy w końcu późno w nocy padała na łóżko w swoim pokoju, nie marzyła tylko o śnie, słodkim głębokim śnie. I to najlepiej takim, w którym pojawiają się żabki. Dużo żabek. 

I może pewna serbska trenerka. 

Tylko, że sen rzadko przychodził od razu. Po tylu latach Dara już się przyzwyczaiła. Dlatego po piętnastu minutach przewracania się z boku na bok, koordynatorka sięgała po telefon i odpalała wywiady. Uwielbiała oglądać wywiady siatkarskie. Zawodnicy, trenerzy. Mimika, nastroje, uszczypliwości. Źródełko nigdy nie wysychało, a teraz znalazła sobie zupełnie nowy, niezbadany obiekt zainteresowania. 

Problem był w tym, że Jelena większość wywiadów udzielała po polsku. Lavigne mówiła w pięciu językach, w tym po chińsku, ale polskiego na liście nie było. Automatyczne tłumaczenie z Youtuba, nawet jeśli dostępne było beznadziejne, Dara była pewna, że Serbka nie mówi o blokowaniu bobrów w sklepie z lodami. 

Potrzebowała więc tłumacza. Kogoś, kto byłby wstanie płynnie przełożyć polski na francuski i miał dużo wolnego czasu. Na szczęście, to nie był problem. Dara nie miała żadnych oporów przed wykorzystywaniem najbliższych. 

Przekonała się o tym, niebezpośrednio, Zofia Krasicka. Był ciepły czerwcowy poranek, ósma rano. Siedziała na tarasie przed domem, powoli dopijała trzecią kawę, a przed nią leżały wytyczne nawiązywania kontaktu z miejscową policją, które konsultowała na prośbę Działu Bezpieczeństwa IOS. Obok niej Stephane Antiga oglądał na laptopie powtórki z meczów ligowych, układając plan treningowy na kolejny sezon. Razem z żoną i córką przyjechali do Rzeszowa kilka dni wcześniej. Stephanie miała teraz intensywny okres w szkole tańca, którą prowadziła, końcówka semestru wiązała się z wieloma próbami, dogrywaniem sali, kostiumów i spędzaniem po piętnaście godzin studiu. Zosia zaprosiła więc przyjaciół na cały tydzień. Oni mogli pracować w spokoju, Manoline łapała chwilę oddechu po maturach, a Ivan był przeszczęśliwy, że ma dla kogo gotować.

– Jak wy sobie poradzicie w przyszłym sezonie? – rzuciła Zosia, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Timote w Warszawie, Mano na Hawajach...

– Nie mam pojęcia – westchnął Stephane. – Już bez Timiego w domu było pusto, a bez obojga? Jakby się człowiek cofnął o dwadzieścia lat. Tylko wzrok nie ten. – Odruchowo poprawił zatknięte na nosie okulary.    

Zosia uśmiechnęła się kpiąco. 

– Stary jesteś po prostu. Minęły już czasy, gdy pół hali do ciebie wzdychało. 

– Ej! Nadal wzdycha! 

– Jakaś jedna czwarta. I z średnią wieku powyżej sześćdziesięciu.

– Sugerujesz, że zbrzydłem na starość? 

– Ja nic nie sugeruję. Ja cię zwyczajnie, po chamsku obrażam. 

Antiga w zadumie pokiwał głową. 

– Jak tak, to w porządku.  

W tym momencie dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. Wspomniana Manoline Antiga wypadła przez próg, przegalopowała przez taras, wyminęła rząd donic i z piskiem adidasów zatrzymała się przy stoliku. 

– Ja zaraz oszaleję! – wściekle rzuciła komórkę na blat. – Zwariuję! Na mózg mi padnie! Ja już nie mam siły! 

Stephane uniósł ze zdziwieniem brew. Zamknął powoli laptopa, zmierzył córkę cierpliwym spojrzeniem, a potem zerknął na Zosię. Kobieta tylko wzruszyła ramionami. Uwielbiała swoją chrześniaczkę nad życie, ale już dawno przestała rozumieć jej humory. Mano miała za dużo energii, za dużo pomysłów i zdecydowanie za mało oporów, nawet jak na osiemnastolatkę. 

– Co się stało, skarbie? – zapytał spokojnie trener. 

– Raczej kto! Ciocia Dara się stała! – Dziewczyna ciężko opadła na krzesło. – Każe mi wywiady tłumaczyć. W sensie, okej, nie każe tylko prosi, ale wiecie jak to z ciocią Darą jest. Jej się nie odmawia. Nigdy! Nunca! 

– Ciężko się nie zgodzić – mruknęła pod nosem Zosia. – Ale o jakich wywiadach mówisz? 

Manoline zmrużyła oczy, co nadało jej wygląd przyczajonego rysia. Odblokowała komórkę i popchnęła ją w stronę dorosły. 

– Proszę bardzo, sami zobaczcie. 

Na ekranie pojawiło się logo Developresu Rzeszów, a potem nagranie z jednego z gabinetów. Na ciemnej, skórzanej kanapie siedziała Jelena Blagojević w szarej, pozameczowej koszulce klubów. Wywiad musiał być sprzed paru lat, bo Stephane kojarzył te koszulki jeszcze z początków swojej kariery w klubie. 

– Ciocia każe mi tłumaczyć wywiady z Jeleną – wyjaśniła w końcu Manoline. – To już chyba dziesiąty albo jedenasty. Pisze o najdziwniejszych porach, ja wiem, że w Chinach siedzi, różnica czasu i tak dalej, ale ludzie no, dajcie żyć! I o tłumaczenie prosi. Żebym emocje oddawała, jakie kuźwa emocje! I jeszcze emotki wysyła, te z słodkimi oczkami, jak ja niby mam powiedzieć nie? Ja asertywna jestem, tak mnie z mamą wychowaliście, ale ciocia Dara to jest jakiś wyższy poziom manipulacji! 

Stephane i Zosia wymienili znaczące spojrzenia. Musieli się zgodzić z Manoline. Znali Darę ponad dwadzieścia lat, w końcu była młodszą siostrą ich przyjaciela ze szkoły. Wiedzieli, że jeśli na coś uprze – a upierała się często – dopnie swego za wszelką cenę. 

– Ale, że z naszą Jeleną...? – Zosia odchyliła się na krześle się i założyła ręce za głową. 

– W sumie to ma sens. – Stephane w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 

– Naprawdę? 

– Dla mnie owszem. 

– Dla ciebie wiele bezsensownych rzeczy ma sens. – Zosia spojrzała na niego z pobłażaniem. 

Manoline patrzyła to na ojca, to na Zosię, nie mając bladego pojęcia o czym znowu mówią. Przez ułamek sekundy nawet próbowała zrozumieć, choć wiedziała, że z góry skazana jest na niepowodzenie. Relacja między starymi przyjaciółmi była podobna do tej, którą sama miał z Timotim. Mogli pokłócić się o ładowarkę, czy ostatnie ciastko, ale rozumieli się bez słów i stawali za sobą murem.  

– Dobra, poddaję się – Uniosła w końcu obie ręce. – Szczerze? Głęboko gdzieś mam po co cioci Darze te wywiady. Jeśli wyrobiła sobie jakąś nową obsesję, to przekażcie Jelenie moje najszczersze wyrazy współczucia. Ale błagam, niech Dara się łaskawie ode mnie odczepi! 

Zosia parsknęła śmiechem. Wyciągnęła własną komórkę i szybko napisała wiadomość. Po kilkunastu sekundach przyszła odpowiedź.

– Opchnęłam to Arsenemu – wyjaśniła Krasicka, widząc wyczekujące spojrzenie Manoline. – Tłumacza synchronicznego jej podeśle. W IOS jest jeszcze w fazie testów, to akurat sobie Dara potestuje.  

– I da mi spokój? 

– Powinna. 

Dziewczyna z satysfakcją pokiwała głową. Zgarnęła swój telefon, a potem wstała, głośno szurając krzesłem. 

–  Dobra, to ja spadam. Wybieramy z dziewczynami cieszynkę na ten sezon i mam bardzo poważnego kandydata– Odwróciła się na pięcie i odeszła, z nosem utkwionym w ekranie. 

Stephane i Zosia odprowadzili ją wzrokiem. 

– Może powinniśmy jej powiedzieć? – zapytał bez przekonania Stephane. – W sumie dorosła jest. 

– Ta, jasne. – Krasicka przewróciła oczami. – Od razu powiedziałaby Marie, Marie Maksowi Graniecznemu, Maks reszcie chłopaków z kadry i siatkarską pocztą pantoflową, najszybszą na świecie, dotarłoby do Jeleny. 

– To aż tak źle? 

Zosia zacisnęła usta. Pochyliła się nad stołem i oparła głowę na rękach. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ogród. Wysoka, stara czereśnia pięknie w tym roku obrodziła. Drzewko uginało się od czerwonych owoców, które błyszczały w słońcu, zachęcając do spróbowania. 

– Nie wiem – przyznała niechętnie. – Ale Dara to huragan. Jeśli nie rozegra tego ostrożnie, zmiecie z powierzchni i siebie, i Jelenę. A tego możemy nie przetrwać.

piątek, 24 lipca 2026

Rozdział 3

 


Spinka z motylkiem okazała się chłamem. Albo przynajmniej bublem. Jelena co prawda od początku nie wierzyła w jej magiczne moce, była oporna na zabobony, ale nie przypuszczała, że będzie aż tak źle. Przez kolejne dni grzecznie chowała prezent do kieszeni sztabowych dresów, pilnowała, by nie wypadł przez przypadek, a nawet cierpliwie ignorowała fakt, że spinka wbijała jej się w udo, gdy siedziała za bandami.

Cały ten wysiłek poszedł na marne. 

Serbki przegrały oba mecz. Najpierw z Chinkami, które powoli wydawały się wracać do dawnej chwały, potem z Belgijkami. Ten drugi mecz bolał jak cholera, bo udało im się odrobić dwa sety, dociągnąć do tie–breaka, już było blisko, a i tak wypuściły wygraną z rąk. Pierwszy turniej kończyły więc z jedną wygraną, trzema przegranymi i poczuciem, że mogły zrobić więcej. 

Dlatego zaraz po ostatnim meczu, odbębnieniu obowiązkowego wywiadu (naprawdę, ci dziennikarze robili się coraz bardziej upierdliwi. I dlaczego Tezić zawsze wysyłał właśnie ją?! Czy to już jakaś forma sadyzmu?), Jelena postanowiła oddać Darze spinkę. Jak najszybciej. Może pech zdąży wywietrzeć do kolejnego turnieju. 

Był już późny wieczór, a po hotelu kręciły się zawodniczki i sztaby wszystkich drużyn. W pierwszym odruchu Jelena zajrzała do lobby, w którym Dara zwykle pracowała wieczorami. Tym razem jednak Francuzka nie kręciła się na wysokim krześle i nie podgryzała orzeszków. 

Potem Blagojević zapukała do małej sali konferencyjnej z kartką IOS na drzwiach, w której zalęgli się opiekunowie drużyn. Zastała tam Kubę (Polska), Irmę (Czechy) i Milę (Belgia), pochylonych nad wielkim, niebieskim planem technicznym czegoś, co niepokojąco przypominało katapultę. Na pytanie Jeleny, czy widzieli Darę, synchronicznie pokręcili głowami, a potem wrócili do omawiania jakiegoś skomplikowanego planu. Jelena była pewna, że usłyszała, jak rozmawiają o radioaktywnych chomikach. 

O resztę wolała nie dopytywać. 

Ostatecznie skierowała się do pokoju Andeli Tadić, opiekunki reprezentacji Serbii, którą osobiście, jeszcze w czasach zawodniczych, przyprawiła o garść siwych włosów. 

Stanowczo zapukała w hotelowe drzwi. Z pokoju dobiegło szuranie, kilka serbskich przekleństw, a potem drzwi otworzyły się na oścież. 

Jelena na moment zgłupiała. W progu stała Dara Lavigne we własnej, nadpobudliwej osobie. W obowiązkowej czarnej polówce koordynatora i złotej, plisowanej spódnicy, która odbijała światło hotelowych jarzeniówek. 

– O, cześć! – Na widok trenerki Dara zaświeciła idealnie białymi ząbkami. – Do Andeli? Wchodź, wchodź. Choć przyznam, że mamy tu mały kryzys, taki tyci, tyci, ale miejmy nadzieję, że nic poważnego. 

Jelena ostrożnie przekroczyła próg pokoju, niepewna czego się spodziewać. 

W środku panował półmrok. Paliła się tylko jedna, malutka lampka nad lustrem. Andela leżała na łóżku, na brzuchu, w samym szlafroku, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Jej ciemne loki, zawsze starannie związane frotką, teraz rozrzucone były wokół głowy kobiety. Obok, na szafce nocnej, leżało kilkanaście tabletek. 

– Idź sobie, Jelaaa – jęknęła po serbsku Andela, nawet nie podnosząc głowy. – Nie obchodzi mnie, co tym razem zgubiła Zubić, radźcie sobie same. 

Jelena zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Znała Tadić dobre osiem lat i wiedziała, że jak większość opiekunów IOS, niewiele rzeczy jest wstanie ją złamać, wyprowadzić z równowagi, tudzież doprowadzić na skraj załamania nerwowego. Ba, wielokrotnie sama tę wytrzymałość testowała. I nigdy nie osiągnęła satysfakcjonującego wyniku. 

– Malutkie zatrucie pokarmowe – wyjaśniła usłużnie Dara. – Pomidorki na śniadaniu były nieświeże. 

– Przecież wszyscy je jedli – zauważyła cierpko Jelena. Skrzyżowała ręce na piersi. Po zastanowieniu rozprostowała je jednak. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, gdzie nadal chowała spinkę Dary. 

– Ale nie wszyscy popijali mlekiem. 

– Prawda. 

–Więc widzisz. Pewnych związków chemicznych nie można łączyć. Stanowią zagrożenie biologiczne. 

– Masz to w tabelkach? 

Lavigne w zamyśleniu podrapała się głowie. Sięgnęła po leżący na stole tablet i pospiesznie zaczęła czegoś w nim szukać. 

– Będę musiała zaktualizować – mruknęła pod nosem. – Myślisz, że wasze dziewczyny wypełnią mi ankiety? 

– Ankiety? 

– No wiesz, wpływ połączeń produktów śniadaniowych na samopoczucie ogólne. Może udałoby się nowe standardy wypracować. 

– Czy możecie zamknąć?! – przerwała im wściekle Andela. – Jeżeli chcecie sobie pogruchać, to wypierdzielać na korytarz. 

Jelena zamarła. Przez ułamek sekundy nie miała pojęcia, co zrobić. W końcu jednak przypomniała sobie, po co w ogóle przyszła. Pospiesznie wyciągnęła z kieszeni spinkę, mając wrażenie, że w pokoju nagle zrobiło się jakoś cieple. 

– Chciałam tylko oddać motylka – wyjaśniła. – Chyba niespecjalnie spełnił swoje zadanie. 

– Oj… Przepraszam, myślałam, że serio pomoże – Uśmiech na twarzy Dary zmalał o milimetr, a Jelę coś ukuło w serduszku. – Może powinnyśmy spróbować z inną… Chociaż nie, lepiej nie kusić losu. – Francuska sięgnęła po spinkę i sprawnym ruchem wpięła ją sobie we włosy. – Ale dzisiaj dobrze wam już szło, macie potencjał. 

– Dzięki – Blagojević aż się wyprostowała dumnie. – Trochę młodych dziewczyn gra, powoli idziemy do przodu. 

– Musisz być dla nich wzorem. Wiesz, jesteś TĄ Jeleną Blagojević. 

Jelena tylko z zakłopotaniem wzruszyła ramionami. Chciała odpowiedzieć, ale tym momencie świat się skończył, Ziemia stanęła, nastąpiło niewyobrażalne. 

Andela Tadić straciła cierpliwość. 

– Idźcie sobie! – Przez pokój przeleciała poduszka. – Wynocha! Bo was strzyga zje! 

Kobiety posłusznie opuściły pokój, za nim w ruch poszły przedmioty wagi ciężkiej tudzież inne nadnaturalne groźby. Dopiero na korytarzu Jelena pozwoliła sobie na parsknięcie śmiechem. A potem jeszcze raz. 

Ostatecznie po prostu zaczęła się śmiech. Dara się przyłączyła. Przez dobre kilka minut stały na środku korytarza, chichocząc jak głupie i nie mogąc złapać oddechu. 

– Nie spodziewałam się, że dożyję tego dnia. – Jelena otarła ostatnie łzy rozbawienia. – Nasza Andela wybuchła. 

– Przegrałam zakład – przyznała Dara. – Co roku zakładamy się w centrali, kto szybciej straci cierpliwość. Andela czy Arsene Blain od francuskich chłopaków. Zwykle wygrywa Andela, ale w tym roku nie ma N’Gapetha, to szanse Blaina wzrosły. 

– Nie mówisz poważnie. 

– Mówię bardzo poważnie. 

Jelena z niedowierzaniem pokręciła głową. Słyszała o wielu odpałach w IOS, opiekowanie się bandami wyrośniętych przedszkolaków o wartości narodowej bywało męczące, mogło się rzucać na mózg. 

– Zakładacie się o coś jeszcze?

– Oh, tylko o drobiazgi. – Dara machnęła lekceważąco ręką. Dopiero teraz Jelena dostrzegła, że koordynatorka ma paznokcie pomalowane w złoto–czarne paski. – Wiesz, kto kogo zwyzywa, kto pierwszy utknie w windzie, kto się kim prześpi, kto pierwszy utknie bez gaci na dachu hali… 

– Teraz to zmyślasz. 

– Nie wszystkie rzeczy trafiają do mediów. 

Blagojević chyba nie chciała wiedzieć więcej. Przejrzała w głowię listę wszystkich swoich zawodniczych odpałów. Trochę ich nazbierała, choć raczej niegroźnych, nikt jej nigdy z aresztu nie wyciągał. 

Zerknęła na zegarek. Dochodziła jedenasta. Powinna się położyć. Następnego dnia trzeba było w końcu wcześnie wstać, bo… 

– Cholera! – nagle przypomniała sobie o planach na kolejny dzień. – Miałyśmy zrobić wycieczkę. Świątynia, ogródki te sprawę. Dobrze wpływa na morale. Ale związek średnio patrzy na ruszanie się gdziekolwiek większą grupą bez Andeli. – Z irytacją przeczesała palcami włosy. – Czy my na serio jesteśmy dziećmi? 

Dara wydęła wargi. Przez chwilę bawiła się przypiętym do paska spódnicy breloczkiem. Małą, błyszczącą żabką z wystawionym językiem. 

– Kwestie bezpieczeństwa – stwierdziła w końcu, z pewnością, że wyjaśniła wszystkie tajemnice wszechświata. – Ale hej! Mogę iść z wami! – klasnęła radośnie. – Jak Andela nie dojdzie do siebie. Kwalifikacje mam, wiedzę też. Super, co nie! Sto lat już nie byłam opiekunką! A to najlepsza robota jest!

Jelena omiotła Francuzkę podejrzliwym spojrzeniem, jakby ta właśnie oświadczyła, że zamierza wstąpić do cyrku i trenować niedźwiedzie. Co w sumie nie byłoby bardzo zaskakujące. Serbka podejrzewała, że Dara czułaby się w cyrku jak ryba w wodzie. 

– Rano zobaczymy – mruknęła w końcu.

Między nimi znów zapadła cisza. Lavigne kołysała się na obcasach, błądząc wzrokiem po korytarzu, jakby ze wszystkich sił starała się nie patrzeć trenerkę. Jelena z konsternacją zauważyła, że tym razem koordynatorka założyła kolczyki w kształcie maków.

– W ogóle – odezwała się w końcu Dara – Dziękuję za żabki – Odgarnęła za ucho zabłąkany kosmyk ciemnych włosów. – Są śliczne. 

– To... nic takiego. 

Jelena nie wiedziała, co powiedzieć. Oparła się o ścianę, schowała ręce do kieszeni i nerwowo zaczęła kopać odstający kawałek wykładziny. 

Znów było późno. I znów powinna grzecznie podreptać spać, żeby choć trochę nadrobić turniejowe szaleństwo. Ale hej, na co komu sen? Chińczycy w końcu dowieźli kawę, wszystko da się załatać odpowiednią dawką kofeiny. 

– Mogę jutro zrobić więcej zdjęć. No wiesz, z wycieczki. 

Nie miała pojęcia, dlaczego to zaproponowała. Tak samo jak nie miała pojęcia, dlaczego nagle zapragnęła sprawdzić, gdzie w mieście mają stawy z żabkami. 

– Tylko się przygotuj. Andela to przewodniczka pierwsza klasa. 

– Oui, chef! – Dara zasalutowała, odwróciła się na pięcie i prawie tańcząc w powietrzu, odbiegła w stronę wind. 

Rano cud nie nastąpił. Andela nie doszła do siebie. Całą noc wymiotowała, a rano, gdy jakimś cudem udało jej się zwlec na śniadanie, prawie zagryzła trenera Terzicia. Była zielona. Rozczochrana. Wkurwiona. 

Jedynym humanitarnym rozwiązaniem było więc pozostawienie jej w hotelu. Wycieczka krajoznawcza reprezentacji miała odbyć się pod czujnym okiem koordynatorki turnieju. Co z jednej strony wydało się Jelenie pomysłem doskonałym – wycieczki były ważne dla samopoczucia zespołu, a jednocześnie napawało trenerkę dziwnym niepokojem. Jakby metr pięćdziesiąt dziewięć francuskiego huraganu stanowiło realne zaburzenie czasoprzestrzeni. 

Dara Lavigne potraktowała obowiązki tymczasowej opiekunki Reprezentacji Serbii bardzo poważnie. Nie miała co prawda obowiązkowej sztabowej koszulki, ale do polówki koordynatora dopięła zalaminowaną flagę Serbii. W ręku trzymała kij z żółtą flagą, a na głowę wcisnęła słomkowy kapelusz z szerokim rondem. 

– Nie za bardzo sobie wzięłaś do serca to przewodnikowanie? – zapytała uprzejmie Jelena. Sama miała na sobie obowiązkowy kadrowy mundurek i tylko halowe dresy zamieniła na krótkie spodenki. – Nie miałaś, no wiesz, tylko pilnować żebyśmy się nie pozabijały?

– Przeczytałam wczoraj trzy przewodniki o Nanjing – oświadczyła dumnie Dara. – Jeden co prawda tłumaczyłam z fińskiego, więc możliwe, że coś przekręcę, ale w sumie co za różnica czy porcelanę wypalali w trzystu czy trzystu dziesięciu stopniach, liczy się efekt, co nie.  Ruchy wycieczka, ruchy! – pogoniła zespół, który właśnie skończył się zbierać w holu.  – Mamy napięty grafik! 

Reprezentacja Serbii, niczym grzeczne kaczuszki, ruszyła za swoją nową przewodniczką. Jelena szła na końcu, niby żeby pilnować grupy. Lepiej byłoby nie zgubić kluczowej atakującej lub co gorsza trenera, już na początku ligi narodów. Tak naprawdę wolała zachować bezpieczną odległość od Dary. Francuzka prawie w podskokach prowadziła zespół ulicami miasta, cały czas nawijając o historii mijanych obiektów (Blagojević była przekonana, że połowę faktów zmyśliła) i wymachując na prawo i lewo flagą. Mówiła po angielsku, ale co rusz wtrącał przypadkowe serbskie słówka, co wywoływało salwę śmiechu. Dziewczyny miały ubaw, nawet Terzić zdobył się na coś, co od biedy można było nazwać uśmiechem.

Pierwszym punktem na planie wycieczki była porcelanowa wieża w Nankin. Z zewnątrz wydała się Jelenie wielka, szara, może i ciekawa architektonicznie, ale bez szału. Dara opowiedziała im jakąś kompletnie odklejoną historię o klanie mnichów zombie, którzy hodowali zabójcze kaczki z metalowymi zębami. Mówiła to z takim przekonaniem, że Jelena prawie jej uwierzyła. 

Prawie.  

W środku było całkiem ciekawe muzeum, dużo światełek, ruszających się elementów i dziwnych korytarzy. Jela porobiła trochę zdjęć. Siatkarki z chęcią pozowały, śmiały się przy tym głośno i wymyślały coraz dziwniejsze kombinacje. Atmosfera w zespole była przednia i Blagojević musiała przyznać, że 

Prawdziwą atrakcją był jednak widok z ostatniego piętra. Szeroki taras ciągnął się wokół całej budowli, oferując zwiedzającym panoramę całego miasta, od szklanych wieżowców, przez tradycyjne świątynie, na niskich, zatłoczonych dzielnicach mieszkalnych kończąc. 

Tak wysoko powietrze było jakby czystsze. Orzeźwiające. Jelena podeszła do barierki i odetchnęła głęboko. 

Cisza i spokój. 

I oczywiście Dara, która akurat postanowiła zmaterializować się obok. 

– Wiesz w czym jest problem? – zapytała, odchylając rondo kapelusza. – Robisz wszystkim zdjęcia, a nikt nie robi tobie. 

 - Takie życie fotografa. – Jelena wzruszyła ramionami.

Rondo Dary znowu wygięło się do dołu. Francuzka fuknęła jak mała kotka i odgięła go z powrotem. Nawet wtedy jej brązowe oczy były ledwie widoczne z cienia. W przeciwieństwie do krwisto czerwonej szminki. Jelena dopiero teraz zauważyła, że Lavigne wyjątkowo nie spięła włosów jedną z wielu dziwacznych spinek, a związała w luźny warkocz, teraz przewieszony przez ramię. 

– Ciebie też w sumie jeszcze nie fotografowałam – zauważyła, próbując nie skupiać się na malutkiej żabce na gumce, którą Dara związała włosy. 

– Czy to jest próba zmiany tematu? – Lavigne skrzyżowała ręce na piersi. Bardzo starała się być poważa i profesjonalna, ale kąciki ust jej drżały, co totalnie wytrącało Jelenę z równowagi. 

– Tylko drobna sugestia. 

– Byłam z nią pierwsza. 

– Ale to ja mam aparat. 

– No nie daj się prosić, przecież wiem, że też chcesz ładne zdjęcie. 

– Chyba śnisz. 

– O tobie całkiem często. 

– Że co proszę?! 

– Zrobić Wam wspólne zdjęcie? 

Pytanie padło nagle, ze strony Anji Zubić, młodej atakującej, która z rozbawieniem przysłuchiwała się całej dyskusji. Zresztą jak połowa kadry. Nawet trener Terzić porzucił swoją naburmuszoną minę i teraz wodził wzrokiem od swojej asystenki do koordynatorki IOS. 

– No wiecie, wspólne. To chyba rozwiąże sprawę. 

Jelena spojrzała na Darę. Dara spojrzała na Jelenie. Jednocześnie pokiwały głowami, jedna entuzjastycznie, druga z rezygnacją. 

– Tylko żeby ładne wyszło. Bo poproszę Zorana o karne kółeczka – ostrzegła Blagojević. 

Anja wzięła sobie do serduszka rolę fotografa. Kazała dziewczynom stanąć w konkretnym miejscu, trzy razy zmieniała ich ustawienie, a potem przez kolejne pięć minut sama to podchodziła, to oddalała się, próbując dobrać odpowiednie światło. Ukucnęła nawet blisko ziemi, bo Uzelac, przyjmująca, doradziła jej, że w ten sposób złapie bardziej profesjonalny kąt. 

Nie przewidziała jednak Dary Lavigne. Gdy Zubić już miała robić zdjęcie, już prawie miała idealne ujęcie, Dara zmieniła plan. Cofnęła się o krok, wzięła rozbieg i z rozpędem wskoczyła Jelenie na plecy. 

– Uśmiech! 

I dokładnie ten moment Anja uwieczniła na zdjęciu. 

– Czy ciebie już totalnie porąbało, Lavigne?! 

– Już dawno!

Jelena ze świstem wypuściła powietrze. Nie wiedziała, czy bardziej jest wkurzona czy rozbawiona. Dara zsunęła się z jej pleców. Teraz stała obok, szczerzyła się głupkowato, kiwając się na swoich absurdalnie wysokich koturnach i mając całkowicie, zero, ale to zero wyrzutów sumienia w związku z faktem, że prawie złamała Serbce kręgosłup. 

– Przepisy BHP, tak? – Skrzyżowała ręce na piersi. – Lavigne, czy ty sabotujesz własną pracę? 

– Wiem co robię, Blagojević. 

– Nie mów, że przeprowadziłaś obliczenia, czy mój kręgosłup to wytrzyma. 

– Gorzej. Zrobiłam symulację. 

Przez dłuższą chwilę w milczeniu mierzyły się spojrzeniami. Jelena chłodnym, starając się powstrzymać śmiech, Dara buńczucznym, przepełnionym pewnością siebie, której pozazdrościłby jej nawet Ervin N’Gapeth. 

Jelena pierwsza odwróciła wzrok. Dara uśmiechnęła się triumfalnie. Odwróciła się do pozostałych zawodniczek. Dziewczyny momentalnie odwróciły głowy. Anja zaczęła pogwizdywać nerwowo, a Branka wydawała się nagle wyjątkowo zainteresowana chińskimi zdobieniami z okresu dynastii Ming. 

– Koniec tego przedstawienia, idziemy dalej wycieczka! – Lavigne poprawiła kapelusz i z powrotem wyciągnęła w górę swoją przewodnicką flagę. – Tempo, tempo, mamy napięty grafik – machnęła ręką na drużynę, a czternaście siatkarek podążyło za nią jak małe kaczuszki. 

Ostatnim punktem programu były pamiątki. Dużo pamiątek. Dara musiała zrobić research, bo nie zabrała ich do pierwszego lepszego centrum handlowego, czy sklepu czy głównej turystycznej arterii. Zamiast tego znalazła boczną uliczkę pełną warsztatów lokalnych artystów i rzemieślników. 

– Macie godzinę – rzuciła do zespołu, jakby byli szkolną wycieczką. – I pamiętajcie, że czeka was dzisiaj jeszcze podróż. 

Dziewczyny rozpierzchły się po sklepach. Jelena z chęcią by do nich dołączyła, ale w sumie nie miała pojęcia, co kupić. Jak większość siatkarek była w Chinach już parokrotnie, magnesy przestały jej się mieścić na lodówce, a rodzice i brat odmówili przyjęcia kolejnej figurki. 

Wtedy jej oczom rzucił się mały sklepik, wyróżniający się pośród innych. Miał pstrokatą, fioletową witrynę, a na wystawie szczerzyły się kiczowate zwierzątka w różnych kształtach i rozmiarach. Breloczki, kubki, poduszki, długopisy. Wszystko z charakterystycznym, chińskim designem, a według kartki na drzwiach projektowane przez miejscowego projektanta. 

Wtedy naszła ją pewna myśl. Pomysł, trochę naiwny, może idiotyczny. Szybko weszła do sklepu, obawiając się, że każda sekunda zwątpienia sprawi, że zmieni zdanie. 

Parę godzin później stała przed hotelem z rękami w kieszeni i nerwowo patrzyła na zegar na ścianie recepcji. Dochodziła siedemnasta. Autokar, który miał zawieźć drużynę do Guandong stał już zapakowany, sprawdzony i gotowy do odjazdu. Dziewczyny siedziały w środku, sztab też, nawet nadal zielonkawa Andela odbębniła obowiązkowe sprawdzenie pojazdu. Tylko Jelena zwlekała. Oficjalnie czekała na zielone światło od Dary, która jako główna koordynatorka koordynowała zamknięcie turnieju. 

Nieoficjalnie, miała do Lavigne jeszcze jeden, ostatni interes. 

– Mam wszystkie pieczątki, podpisy, możecie jechać. 

Dara w końcu wyszła z budynku. W jednej ręce trzymała swój nieodłączny tablet, w drugiej różowy, termiczny kubek z kawą. Co Jelena uznała w sumie za trochę straszne, biorąc pod uwagę naturalny poziom pobudzenia Francuzki.  

– Nie za późno na kofeinę? – rzuciła z przekąsem. 

– Muszę dojechać jeszcze dzisiaj do Linyi – wyjaśniła Dara, nie odrywając wzroku od tabletu. – Chłopaki pojutrze zaczynają turniej, jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się do prowadzenia po chińskich drogach. 

Jelena odruchowo zacisnęła i rozprostowała palce. Przestąpiła z nogi na nogę, dłoń zacisnęła się na ukrytym w kieszeni breloczku. 

– Ja... mam coś dla ciebie – wydukała w końcu. 

Lavgine oderwała wzrok od ekranu. 

– Dla mnie? – z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. 

Blagojević wyjęła breloczek z kieszeni. Miała wrażenie, że gumowa żabka wpatruje się w nią jeszcze bardziej oceniająco niż w sklepie. 

– To drobiazg. Ale pomyślałam, że ci się spodoba – Ostrożnie położyła żabę na ekranie tabletu. 

Darze zaświeciły się oczy. Nie zapiszczała radośnie, nie wyszczerzyła się głupkowato, czego oczekiwała Jelena. Zamiast tego uśmiechnęła się lekko. Chwyciła breloczek w dwa palce i uniosła na wysokość oczu. 

– Dziękuję. Na pewno przyniesie mi szczęście na trasie. 

– Taki był zamysł. 

Dara zrobiła krok do przodu. Potem drugi i zanim Jelena zdążyła zareagować, zamknęła trenerkę w szczelnym uścisku. 

– Do zobaczenia na Filipinach – szepnęła. – Pamiętaj, by porobić zdjęcia Guandong. Szczególnie jak spotkasz zwierzątka. 

Serbka niepewnie objęła koordynatorkę. Znów poczuła rozchodzące się po całym ciele ciepełko. Jakby wypiła kubek gorącego, słodkiego kakao. 

– Będę pamiętać. A ty daj znać, jak dojedziesz do Linyi. 

– Dam. Słowo koordynatora.  

Chwilę później, wchodząc do autokaru, Jelena czuła na sobie spojrzenia wszystkich zawodniczek i sztabu. Opadła na swoje miejsce przy oknie, wyciągnęła z plecaka słuchawki, a głowę oparła o okno. Liczyła, że aż do hotelu wszyscy dadzą jej święty spokój. 

Gdy odblokowała telefon, by włączyć swoją ulubioną podróżną playlistę, zauważyła jedno powiadomienie z Messengera. Otworzyła je szybko, ignorując przyspieszone bicie serca. 

Wiadomość była od Dary. Zawierała tylko jedno zdjęcie. Gumową żabkę przyczepioną do pęku kluczy. 

Jelena uśmiechnęła się do siebie. Nie odpisała. Schowała telefon z powrotem do plecaka. Krajobraz za oknem zaczął się zmieniać, a ona pozwoliła swoim myślom swobodnie płynąć. Chwilę później zasnęła, a śniła o gumowych żabkach z czerwonymi spinkami.

piątek, 10 lipca 2026

Rozdział 2

Sezon reprezentacyjny uderzył w Jelenę jak rozpędzony tir i skutecznie wywiał z głowy wszelkie wspomnienia leniwej imprezy u Zosi. Trener Terzić nie zamierzał odpuszczać ani swoim zawodniczkom, ani – a może nawet tym bardziej – asystentom. Blagojević wpadła więc w wir treningów, taktyk, statystyk, planów przygotowań i siedzenia po nocach nad kolejnymi nagraniami. Gdy w końcu wsiedli do samolotu na pierwszy turniej Ligi Narodów, Dara Lavigne była już tylko odległym wspomnieniem, zakopanym w odmętach podświadomości. 

Chiny przywitały ich słońcem, wiatrem i zepsutymi ekspresami w hotelu. To ostatnie bolało strasznie, brak kofeiny uderzał w zdrowy rozsądek wszystkich sztabów, wywoływał niechęć i podejrzliwość, bo może, a nuż, sztab Polek zachomikował gdzieś zapasy życiodajnego napoju. 

Nie zachomikował, Polacy cierpieli jak cała reszta, o czym Jelena przekonała się dość dobitnie, gdy Stefano Lavarini nakrzyczał na nią po włosku tylko dlatego, że ośmieliła się wziąć ostatnią babeczkę z czekoladą na śniadaniu. Blagojević oczywiście zaprotestowała, nie będzie pozwalała na takie jechanie po sobie, proszę się łaskawie odstosunkować, w dowolnym języku. 

– No chyba trenera pogrzało – powiedziała, spokojnie sięgając po babeczkę. – Byłam pierwsza. 

Lavarini aż się zagotował, prawie mu para poszła z uszu. Rzucił pod nosem wiązankę przekleństw, które Serbka skwitowała tylko kpiącym uśmiechem. 

– I jak ja mam tu pracować! Kawy niet, babeczek niet, toż to nie są warunki do życia! – Włoch wściekle wyrzucił ręce w powietrze. 

– Może trener zacząć od meliski. – wskazała na rządek kolorowych torebek z herbatą. – Tak z trzy litry powinny wystarczyć. 

Jelena oparła jedną rękę na biodrze, drugą ostentacyjnie trzymając babeczkę tuż przed nosem Włocha. Mogłaby tak długo, w głowie szykowała kolejne odzywki, repertuar miała szeroki, a potencjalnie bardziej dyplomatyczne rozwiązania wydały jej się jakoś mało interesujące. 

Na szczęście przed międzynarodowym skandalem uratowali ich Andela i Kuba, opiekunowie obydwu drużyn, którzy najpierw odciągnęli Stefana, a potem Kuba załatwił mu jeszcze dwie babeczki. 

Jelena była przygotowana na to, że zbierze od Andeli burę za narażanie wizerunku serbskiej drużyny, ale opiekunka już dawno się poddała. Poprosiła tylko, by następnym razem po prostu sobie poszła. Z tą babeczką. Babeczka jej się należała. 

Dobrze, że chociaż na hali dawali kawę. Kiepską, bo kiepską, ale zawsze. Dzięki temu przed meczem można było uzupełnić poziom kofeiny we krwi, a pod słupkiem sędziego nie dochodziło do rękoczynów.   

W pierwszym meczu Serbki zmiotły Tajlandki z powierzchni ziemi, nie było co zbierać, ale w drugim miały trafić na zawsze groźną reprezentację Polski. Jelena zawsze czuła dziwne podekscytowanie przed takimi meczami, w końcu Polska była jej domem, a większość tych dziewczyn znała z siatkarskich parkietów. A z niektórymi łączyła ją nawet przyjaźń. 

Na przykład z taką Kasią Wenerską. 

– Skopiemy wam dzisiaj tyłki – stwierdziła rozgrywająca, jak gdyby nigdy nic siadając sobie na krzesełkach serbskiego sztabu. 

Jelena tylko uniosła brwi, nadal grzebiąc w sztabowej torbie, w której ktoś (miała podejrzenia kto i już planowała mord rytualny), poupychał wszystkie dokumenty na samo dno po czym na wierzch przywalił butelkami z wodą i ręcznikami. 

– Nie pomyliłaś stron, Kasia? Wiesz, prawa-lewa, ja wiem, że to skomplikowane, niech ci się na boisku myli, nie poza, moje środkowe będą wdzięczne. 

Wenerska tylko lekceważąco machnęła ręką. 

– Przeczucie mam. Dziewczyny są nabuzowane. W autokarze Last Friday Night leciało, to dobrze wróży. Na śniadaniu zrobiły bitwę na płatki, atmosfera siedzi. No i Lavigne dzisiaj ma tę idiotyczną czerwoną spinkę z motylkiem. Zawsze jak ją zakłada, to nam idzie. Dziwne, ale z siatkarskim fatum się nie dyskutuje. 

– Lavigne? – Serbka zamarła z notatkami Terzicia w ręku. W jej pamięci coś drgnęło. Albo podskoczyło. Jak żabka. 

– No wiesz, Dara. Ta koordynatorka, co u Zośki była.

Jelena doskonale wiedziała o kim mówią. Odruchowo zerknęła na trybuny, spodziewając się, że zobaczy tam długie, czerwone kolczyki. 

– Jest tutaj? – zapytała, nie odrywając wzroku od trybun. 

Kasia zmrużyła oczy. Zlustrowała koleżankę jednym z tym przeszywających spojrzeń, od których człowiek od razu spinał się w sobie. 

– Jest. Cały miesiąc chyba w Azji będzie. Chłopaków też ma ogarniać, na rozpisce widziałam. 

No tak, rozpiska. Jelena pierwszy raz pożałowała swojej ignorancji. Broszury IOS przychodziły na reprezentacyjne skrzynki przed każdym turniejem i Blagojević wyrobiła sobie nawyk po prostu ich olewania. Od tego mieli Andelę, żeby wiedziała, kto, gdzie, kiedy i z kim może uratować im tyłek.

– Nie wierzę w fatum – stwierdziła w końcu Jelena.  – To my skopiemy dupę wam. 

Wenerska tylko roześmiała się głośno. Poklepała Serbkę po ramieniu i podejrzanie sprężystym krokiem wróciła do swojej drużyny. 

Blagojević ze świstem wypuściła powietrze. 

– Motylki, jakie kuźwa motylki – burknęła, zsuwając się głębiej na krześle.

Mecz był długi i zacięty. Serbki grały odważnie, walczyły jak lwice, ale Polki nie pozostawały dłużne. Julka Szczurowska szalała na ataku, była wszędzie, tylko nie tam, gdzie serbski blok, a Jelena była pewna, że po jej atakach w parkiecie zostaną wgniecenia. 

Gdy po serbskiej stronie spadła ostatnia piłka, a na tablicy zamigotało 3:2 dla Polski, Jelena wściekle uderzyła pięścią w krzesło. Mrucząc pod nosem mieszankę serbsko-polskich przekleństw, zaczęła zbierać rzeczy i upychać po sztabowych torbach. 

– Jelena! – usłyszała czyjś stanowczy głos. Gdy podniosła głowę, napotkała zniecierpliwione spojrzenie pierwszego trenera. 

– Blagojević, wywiad! - Zoran machnął ręką w stronę barierek, gdzie już przebierała nóżkami jedna z dziennikarek VNLu. 

– Znowu ja? 

– Ciebie lubią. Nie zagryzasz ich tak łatwo. 

Jelena tylko przewróciła oczami. Nie żeby miała coś przeciwko dziennikarzom, w końcu taką mieli pracę, ale ci z VNLu w kółko zadawali te same pytania, coraz głupsze zresztą, szczerzyli się głupkowato i jacyś tacy… za amerykańscy byli. 

Odbębniła jednak grzecznie rozmowę, uśmiechając się przy tym wyjątkowo poprawnie politycznie i kiwając głową. Niestety, musiało się to dziennikarce podobać, bo przeciągała wywiad, ile się da. Dziewczyny zdążyły się porozciągać, zgarnąć rzeczy i zniknąć w szatni. Gdy wywiad się skończył, na boisku została tylko Blagojević i obsługa techniczna. 

– Zapomniałaś mi wysłać żabek. 

Jelena aż się wzdrygnęła, słysząc za sobą znajomy francuski akcent. Odwróciła się powoli. Dara Lavigne stała obok stolika sędziowskiego i jak gdyby nigdy nic podgryzała jabłko. Tym razem miała na sobie rozkloszowaną, czerwoną spódnicę w czarne kropki i czarną polówkę z logiem IOS oraz napisem Koordynator na plecach. Zamiast kolczyków kół, zawiesiła w uszach dwie miniaturowe piłki siatkowe na złotych łańcuszkach.   

– Ja… nie mam twojego numeru – stwierdziła Jelena. Nagle zrobiło jej się strasznie głupio. Zerknęła w stronę szatni, jakby licząc, że zaraz pojawi się tam Terzic z jakimś bojowym zadaniem. 

– To mogłaś wysłać maila. 

– Tego też nie znam. 

– Jest w informatorach IOS. I na naszej stronie. 

– Nie czytam informatorów. 

– W takim razie mogłaś zapytać Zosi. 

– Dobra, zapomniałam! – Trenerka uniosła ręce, pokazując, że się poddaje

Lavigne skrzyżowała ręce na piersi. Patrzyła na Jelenę w taki sposób, że Serbka nie wiedziała, czy zaraz zostanie wyprzytulana, czy też zamordowana w jakiś bardzo wymyślnych torturach. 

– Mogłaś też do mnie podejść – powiedziała tonem, jakby rozmawiała z upartym pięciolatkiem –Nie gryzę, gadam dużo, to prawda, ale od gryzienia mamy Arsenego. Nie ten kraj, nie ta reprezentacja. 

Jelena odetchnęła głęboko. Zacisnęła i zaraz rozprostowała pięści. Przez sekundę miała ochotę zapytać kim, że jest ten cały Arsene, ale to mogłoby sprowokować kolejną lawinę wyjaśnień i historii, a ona w sumie powinna już dawno być w szatni. 

– Nie wiedziałam, że tu jesteś. 

– Naprawdę? – Dara uniosła kpiąco brew. – Mówiłam, że będę. Jestem w Chinach od ponad tygodnia – wyjaśniła. – Koordynator siatkówki, pamiętasz? Musiałam zrobić pierwszy odbiór hali i hoteli, sprawdzić autokary i tak dalej. Do tego wznowiliśmy w tym roku program stażowy, a młodsi opiekunowie to zawsze papierkowa robota.

Jelena z zakłopotaniem podrapała się po głowie. 

– W sumie to nie mam pojęcia, czym zajmują się koordynatorzy – przyznała. – I w ogóle ludzie w IOS poza opiekunami. Jakoś tak... no nie było nam po drodze.

Lavigne parsknęła śmiechem. Machnęła ostatni podpis pod protokołem, schowała dokumenty do teczki i ruszyła w stronę szatni. Blagojević podążyła za nią, zastanawiając się, jak można tak szybko chodzić mając takie krótkie nóżki.

– Koordynatorzy spinają pracę opiekunów, zajmują się daną dyscypliną jako całość – wyjaśniła. – Jesteśmy ich bezpośrednimi przełożonymi. Nadzorujemy turnieje, przepływ informacji, komunikujemy się z federacjami. Jako pierwsi wiemy, że coś się dzieje i jako pierwsi podejmujemy ważne decyzje. W przeciwieństwie do opiekunów pracujemy cały rok, także w sezonie klubowym. Jak obecnemu lub byłemu reprezentantowi coś się stanie, to wkraczamy. Chronimy was, niezależnie od tego, gdzie gracie. 

– Strasznie odpowiedzialna robota. 

– Ale fajna. – Dara uśmiechnęła się szeroko, a Jelenia jakoś się tak cieplej na serduszku zrobiło. Dopiero teraz zauważyła spinkę, którą Francuska spięła włosy. Czerwono-złotego motyla, zrobionego z drucików i cieniutkiej siatki, która połyskiwała w świetle halowych jarzeniówek. 

– I że niby to jest fatum? – mruknęła po serbsku. 

Lavigne przystanęła i za zaciekawieniem spojrzała na trenerkę. Znów przekrzywiła głowę, co sprawiło, że jeden z kolczyków śmiesznie zawisł pośrodku jej szyi. 

– Mówiłaś coś?

– Nie. 

– A jednak coś słyszałam. 

Jelena znów się zmieszała. Odwróciła wzrok, nagle dziwnie zainteresowana szarą, podniszczoną wykładziną. 

– Mówiłam tylko, że… że masz fajną spinkę. – Machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Dziewczyny z Polski uważają, że przynosi im szczęście. 

Dara znów się uśmiechnęła, tym razem delikatnie, z wdziękiem francuskiej księżniczki. Wypięła spinkę z włosów i ostrożnie położyła ją na otwartej dłoni.

– To prezent od mojego brata – powiedziała. – Znalazł ją na pchlim targu w Paryżu. Lubili się tam włóczyć po lekcjach z Zosią i Stephanem. – W oczach koordynatorki pojawił cień smutku. Wbiła wzrok w motylka, który teraz wydawał się jeszcze bardziej błyszczeć. 

Zaraz jednak Dara otrząsnęła się jak zmokły pies. 

– Chcesz? Skoro przynosi szczęście. 

– Nie no, nie mogę… 

– Tylko na jutrzejszy mecz z Chinkami. I z Belgią. Dopóki nie wygracie. 

Za nim Jelena zdążyła zaprotestować, Dara przypięła spinkę do mankietu jej sztabowej bluzy. Motylek zaskakująco dobrze wpasowywał się w granatowy materiał. Serbka z zafascynowaniem obserwowała refleksy światła, skaczące po zawieszonych na cienkich drucikach bordowych kamyczkach. Było w tym coś kojącego, jakby świat na moment przestał szaleńczo biec. 

 

Chciała podziękować Francuzce, ale gdy podniosła wzrok, Dary już nie było. Ostał się jedynie delikatny zapach różanych perfum i trochę brokatu na podłodze. 

 

Spotkały się jeszcze tego samego wieczoru. W sumie przez przypadek, Jelena nie wiedziała, co ją tknęło. Do późna siedzieli z Terziciem analizując mecz z Polkami i przygotowując się do starcia z Chinkami. Nie bardzo wiedziała, co zrobić z motylkiem od Dary, więc ostatecznie przypięła go do górnej krawędzi laptopa. Zaciekawione spojrzenia reszty sztabu grzecznie zignorowała. 

Gdy skończyli dochodziła pierwsza w nocy i Blagojević nie marzyła o niczym innym tylko o śnie. 

A jednak zamiast prosto do pokoju ruszyła do hotelowego lobby. Spodziewała się, że o tej porze będzie raczej puste, restauracje zamykali o północy, bar niby działał do drugiej, ale w hotelu byli głównie siatkarki z sztabami, nikt nie zamierzał balować. 

Dlatego była szczerze zaskoczona, gdy okazało się, że w lobby jednak ktoś siedzi. Dara Lavigne kręciła się na krześle przy wysokim stole, w zamyśleniu przygryzając skuwkę od długopisu. Nogami dyndała w powietrzu, a drugą ręką co chwilę sięgała do miseczki z orzeszkami. 

– O, cześć! – pomachała Jelenie, prawie spadając z krzesła. – Nie powinnaś już spać? Późno trochę jest, ja to sobie mogę siedzieć, wyniki meczów ode mnie nie zależą, ale u ciebie jednak trzeźwy umysł i te sprawy, co nie? Bo jeszcze taktyka nie siądzie, Aleksić skoczy w prawo nie w lewo i co wtedy zrobicie? 

Blagojević parsknęła śmiechem. Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok. 

– Nie wiedziałam, że koordynatorzy to takie nocne marki. 

Dara ze świstem wypuściła powietrze. 

– Liga Narodów to bajzel. Mam z piętnaście zgłoszeń o naruszeniach BHP, a to dopiero pierwszy tydzień. – Machnęła ręką w stronę ekranu laptopa, na którym wyświetlały się skrupulatnie wypełnione tabelki w Excelu. – Klimatyzacja, źle zabezpieczone ekrany nad boiskiem, autokar bez ważnego przeglądu… Opiekunowie robią, co mogą, ale te osły w FIVB wiedzą swoje. My im, że nie, ta hala nie nadaje się do niczego poza rozegraniem miejskiego turnieju o puchar z ziemniaka, a oni tam wpychają rozgrywki międzynarodowe. My sugerujemy, że może warto zrobić przeglądy przed turniejem, a oni, że przecież mają czas. A potem się dziwi jeden z drugim, jak na organizację nadajecie. 

Jelena ze zrozumieniem pokiwała głową. 

– I musisz rozwiązywać te problemy o pierwszej w nocy? – Wyciągnęła rękę nad stołem i ukradła Darze kilka orzeszków. 

– Chcesz więcej? – Lavigne przysunęła miseczkę bliżej. – Mam w pokoju trzy paczki. Oryginalne, miejscowe, zawsze z Chin przywożę. 

– Obędzie się – Jelena zgrabnie wrzuciła sobie orzeszka do buzi.  – Zamierzasz tu siedzieć do rana? 

– A co, martwisz się, że się zamęczę? 

– Skoro koordynatorzy dbają o wszystkich, to ktoś musi zadbać o koordynatorów – wypaliła. 

Dara uśmiechnęła się nieznacznie. Przetarła dłonią zmęczone oczy. Przebiegła jeszcze raz wzrokiem po zgłoszeniu, ale ostatecznie tylko pokręciła głową i zamknęła Excela. 

– Dobra, masz rację, bo zaraz padnę. I jak sobie poradzicie bez koordynatora, co? Do tego, wiesz jak skomplikowane jest sprowadzenie ciała do Europy? 

– Nie i nie mam zamiaru się przekonywać. 

– Bardzo dobrze, tego się trzymajmy – Francuska poklepała Blagojević po ramieniu. 

Chciała zamknąć komputer, ale w tym momencie Jelena zauważyła dwie rzeczy. Po pierwsze, jak na tak chaotyczną osobę, ekran Dary był zaskakująco czysty. Żadnych ikonek aplikacji, przypiętych plików, nawet głupiego kosza. Tylko niebieski pasek i tapeta. 

I to właśnie zdjęcie na tapecie było drugą rzeczą, która zbiła Jelenę z tropu. Przedstawiało Darę, ale o dobre piętnaście lat młodszą. Stała na tle zamku w Disneylandzie, otoczona czwórką dzieci, w różnym wieku, dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Jelena rozpoznała wśród nich Timotiego, syna Stephana i Marie, córkę Zosi. Trzecią dziewczynkę, najmłodszą, Dara trzymała na rękach i Blagojević chwilę zajęło zorientowanie się, że to przecież mała Manoline Antiga. 

Pozostała dwójka wydała się Jelenie znajoma, choć nie była wstanie powiedzieć skąd. 

– To Daniel i Sara Falascowie – Lavigne jakby czytała w myślach trenerki. Nie uśmiechała się już, tylko pustym wzrokiem patrzyła w ekran. Cała energia, która sprawiała, że przypominała trochę elektrownię atomową nagle wyparowała. – No wiesz, od Miguela Falasci. 

Odwróciła się na krześle i oparła plecami o krawędź stołu. Skubała nerwowo rąbek spódnicy, chciała oprzeć stopy o podpórkę krzesła, ale były za krótkie, więc tylko zwisały smętnie w powietrzu.

– Miguela poznałam przez Stephana – szepnęła. Wydała się Jelenie jeszcze mniejsza. I krucha, jakby zaraz miała się rozsypać na milion kawałków. 

 – Początkowo nie byliśmy blisko, ale wszystkie chomiczki Zosi muszą trzymać razem. Gdy zmarł zajęłyśmy się z Zosią formalnościami, by choć trochę odciążyć jego rodzinę. Oni...To nie powinno się tak skończyć – pokręciła z rezygnacją głową. 

Jelena nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Z wahaniem objęła Darę i pozwoliła, by kobieta oparła głowę na jej ramieniu. Znów była ciepła, jak mały kaloryfer. Czuła jej oddech na swojej skórze, lekkie drżenie ciała, jakby koordynatorce było zimno. 

– Był cudownym człowiekiem – powiedziała nagle Dara. – Większość z was jest. Cudowni w życiu, niezniszczalni na boisku. A potem puf! I nagle was nie ma. A my jesteśmy bezsilni. 

– Przecież i tak robicie dużo… 

– Ale nie wystarczająco! – Lavigne jęknęła przeciągle. – Mamy… Mamy wszystko, wiesz? – przeczesała palcami włosy. – Procedury. Excele. Systemy szybkiego reagowania. Fundusze. A i tak… Czasami to za mało. – Schowała twarz w dłoniach. Nie płakała, jedynie oddychała ciężko, a jej plecy unosiły się nierównomiernie.  

Przez moment Jelena miała ochotę pogłaskać ją po włosach. Wstrzymała się jednak. Zamiast tego zsunęła się z krzesła, przykucnęła obok, zamknęła dłoń Dary w swoich i zmusiła, by kobieta podniosła wzrok. 

– Nic nie mogliście zrobić – powiedziała twardo. – Ani ty, ani Zosia, ani całe IOS razem wzięte. Nie jesteście cudotwórcami czy jasnowidzami. 

Dara uśmiechnęła się smutno. Coś w żołądku Jeleny wywróciło się na drugą stronę. 

Powinna teraz wstać. Pożegnać się i iść spać. Było późno, a następnego dnia miały grać kolejny mecz. 

Tylko, że nie potrafiła. 

Dara ruszyła się pierwsza. Odchrząknęła nerwowo po czym zamknęła laptopa i zaczęła zbierać papiery. 

– Idź spać – powiedziała jeszcze do Jeleny. – Bo jutro Chinki nie dadzą wam taryfy ulgowej – odwróciła się na pięcie i sprężystym krokiem odeszła w stronę wind. 

Po raz trzeci zostawiła Jelenę w kompletnym oszołomieniu. 

Chociaż nie.  Tym razem w jej głowie pojawiła się myśl, że koniecznie musi wysłać zdjęcie tych żabek. 

I to jak najszybciej.