piątek, 10 lipca 2026

Rozdział 2

Sezon reprezentacyjny uderzył w Jelenę jak rozpędzony tir i skutecznie wywiał z głowy wszelkie wspomnienia leniwej imprezy u Zosi. Trener Terzić nie zamierzał odpuszczać ani swoim zawodniczkom, ani – a może nawet tym bardziej – asystentom. Blagojević wpadła więc w wir treningów, taktyk, statystyk, planów przygotowań i siedzenia po nocach nad kolejnymi nagraniami. Gdy w końcu wsiedli do samolotu na pierwszy turniej Ligi Narodów, Dara Lavigne była już tylko odległym wspomnieniem, zakopanym w odmętach podświadomości. 

Chiny przywitały ich słońcem, wiatrem i zepsutymi ekspresami w hotelu. To ostatnie bolało strasznie, brak kofeiny uderzał w zdrowy rozsądek wszystkich sztabów, wywoływał niechęć i podejrzliwość, bo może, a nuż, sztab Polek zachomikował gdzieś zapasy życiodajnego napoju. 

Nie zachomikował, Polacy cierpieli jak cała reszta, o czym Jelena przekonała się dość dobitnie, gdy Stefano Lavarini nakrzyczał na nią po włosku tylko dlatego, że ośmieliła się wziąć ostatnią babeczkę z czekoladą na śniadaniu. Blagojević oczywiście zaprotestowała, nie będzie pozwalała na takie jechanie po sobie, proszę się łaskawie odstosunkować, w dowolnym języku. 

– No chyba trenera pogrzało – powiedziała, spokojnie sięgając po babeczkę. – Byłam pierwsza. 

Lavarini aż się zagotował, prawie mu para poszła z uszu. Rzucił pod nosem wiązankę przekleństw, które Serbka skwitowała tylko kpiącym uśmiechem. 

– I jak ja mam tu pracować! Kawy niet, babeczek niet, toż to nie są warunki do życia! – Włoch wściekle wyrzucił ręce w powietrze. 

– Może trener zacząć od meliski. – wskazała na rządek kolorowych torebek z herbatą. – Tak z trzy litry powinny wystarczyć. 

Jelena oparła jedną rękę na biodrze, drugą ostentacyjnie trzymając babeczkę tuż przed nosem Włocha. Mogłaby tak długo, w głowie szykowała kolejne odzywki, repertuar miała szeroki, a potencjalnie bardziej dyplomatyczne rozwiązania wydały jej się jakoś mało interesujące. 

Na szczęście przed międzynarodowym skandalem uratowali ich Andela i Kuba, opiekunowie obydwu drużyn, którzy najpierw odciągnęli Stefana, a potem Kuba załatwił mu jeszcze dwie babeczki. 

Jelena była przygotowana na to, że zbierze od Andeli burę za narażanie wizerunku serbskiej drużyny, ale opiekunka już dawno się poddała. Poprosiła tylko, by następnym razem po prostu sobie poszła. Z tą babeczką. Babeczka jej się należała. 

Dobrze, że chociaż na hali dawali kawę. Kiepską, bo kiepską, ale zawsze. Dzięki temu przed meczem można było uzupełnić poziom kofeiny we krwi, a pod słupkiem sędziego nie dochodziło do rękoczynów.   

W pierwszym meczu Serbki zmiotły Tajlandki z powierzchni ziemi, nie było co zbierać, ale w drugim miały trafić na zawsze groźną reprezentację Polski. Jelena zawsze czuła dziwne podekscytowanie przed takimi meczami, w końcu Polska była jej domem, a większość tych dziewczyn znała z siatkarskich parkietów. A z niektórymi łączyła ją nawet przyjaźń. 

Na przykład z taką Kasią Wenerską. 

– Skopiemy wam dzisiaj tyłki – stwierdziła rozgrywająca, jak gdyby nigdy nic siadając sobie na krzesełkach serbskiego sztabu. 

Jelena tylko uniosła brwi, nadal grzebiąc w sztabowej torbie, w której ktoś (miała podejrzenia kto i już planowała mord rytualny), poupychał wszystkie dokumenty na samo dno po czym na wierzch przywalił butelkami z wodą i ręcznikami. 

– Nie pomyliłaś stron, Kasia? Wiesz, prawa-lewa, ja wiem, że to skomplikowane, niech ci się na boisku myli, nie poza, moje środkowe będą wdzięczne. 

Wenerska tylko lekceważąco machnęła ręką. 

– Przeczucie mam. Dziewczyny są nabuzowane. W autokarze Last Friday Night leciało, to dobrze wróży. Na śniadaniu zrobiły bitwę na płatki, atmosfera siedzi. No i Lavigne dzisiaj ma tę idiotyczną czerwoną spinkę z motylkiem. Zawsze jak ją zakłada, to nam idzie. Dziwne, ale z siatkarskim fatum się nie dyskutuje. 

– Lavigne? – Serbka zamarła z notatkami Terzicia w ręku. W jej pamięci coś drgnęło. Albo podskoczyło. Jak żabka. 

– No wiesz, Dara. Ta koordynatorka, co u Zośki była.

Jelena doskonale wiedziała o kim mówią. Odruchowo zerknęła na trybuny, spodziewając się, że zobaczy tam długie, czerwone kolczyki. 

– Jest tutaj? – zapytała, nie odrywając wzroku od trybun. 

Kasia zmrużyła oczy. Zlustrowała koleżankę jednym z tym przeszywających spojrzeń, od których człowiek od razu spinał się w sobie. 

– Jest. Cały miesiąc chyba w Azji będzie. Chłopaków też ma ogarniać, na rozpisce widziałam. 

No tak, rozpiska. Jelena pierwszy raz pożałowała swojej ignorancji. Broszury IOS przychodziły na reprezentacyjne skrzynki przed każdym turniejem i Blagojević wyrobiła sobie nawyk po prostu ich olewania. Od tego mieli Andelę, żeby wiedziała, kto, gdzie, kiedy i z kim może uratować im tyłek.

– Nie wierzę w fatum – stwierdziła w końcu Jelena.  – To my skopiemy dupę wam. 

Wenerska tylko roześmiała się głośno. Poklepała Serbkę po ramieniu i podejrzanie sprężystym krokiem wróciła do swojej drużyny. 

Blagojević ze świstem wypuściła powietrze. 

– Motylki, jakie kuźwa motylki – burknęła, zsuwając się głębiej na krześle.

Mecz był długi i zacięty. Serbki grały odważnie, walczyły jak lwice, ale Polki nie pozostawały dłużne. Julka Szczurowska szalała na ataku, była wszędzie, tylko nie tam, gdzie serbski blok, a Jelena była pewna, że po jej atakach w parkiecie zostaną wgniecenia. 

Gdy po serbskiej stronie spadła ostatnia piłka, a na tablicy zamigotało 3:2 dla Polski, Jelena wściekle uderzyła pięścią w krzesło. Mrucząc pod nosem mieszankę serbsko-polskich przekleństw, zaczęła zbierać rzeczy i upychać po sztabowych torbach. 

– Jelena! – usłyszała czyjś stanowczy głos. Gdy podniosła głowę, napotkała zniecierpliwione spojrzenie pierwszego trenera. 

– Blagojević, wywiad! - Zoran machnął ręką w stronę barierek, gdzie już przebierała nóżkami jedna z dziennikarek VNLu. 

– Znowu ja? 

– Ciebie lubią. Nie zagryzasz ich tak łatwo. 

Jelena tylko przewróciła oczami. Nie żeby miała coś przeciwko dziennikarzom, w końcu taką mieli pracę, ale ci z VNLu w kółko zadawali te same pytania, coraz głupsze zresztą, szczerzyli się głupkowato i jacyś tacy… za amerykańscy byli. 

Odbębniła jednak grzecznie rozmowę, uśmiechając się przy tym wyjątkowo poprawnie politycznie i kiwając głową. Niestety, musiało się to dziennikarce podobać, bo przeciągała wywiad, ile się da. Dziewczyny zdążyły się porozciągać, zgarnąć rzeczy i zniknąć w szatni. Gdy wywiad się skończył, na boisku została tylko Blagojević i obsługa techniczna. 

– Zapomniałaś mi wysłać żabek. 

Jelena aż się wzdrygnęła, słysząc za sobą znajomy francuski akcent. Odwróciła się powoli. Dara Lavigne stała obok stolika sędziowskiego i jak gdyby nigdy nic podgryzała jabłko. Tym razem miała na sobie rozkloszowaną, czerwoną spódnicę w czarne kropki i czarną polówkę z logiem IOS oraz napisem Koordynator na plecach. Zamiast kolczyków kół, zawiesiła w uszach dwie miniaturowe piłki siatkowe na złotych łańcuszkach.   

– Ja… nie mam twojego numeru – stwierdziła Jelena. Nagle zrobiło jej się strasznie głupio. Zerknęła w stronę szatni, jakby licząc, że zaraz pojawi się tam Terzic z jakimś bojowym zadaniem. 

– To mogłaś wysłać maila. 

– Tego też nie znam. 

– Jest w informatorach IOS. I na naszej stronie. 

– Nie czytam informatorów. 

– W takim razie mogłaś zapytać Zosi. 

– Dobra, zapomniałam! – Trenerka uniosła ręce, pokazując, że się poddaje

Lavigne skrzyżowała ręce na piersi. Patrzyła na Jelenę w taki sposób, że Serbka nie wiedziała, czy zaraz zostanie wyprzytulana, czy też zamordowana w jakiś bardzo wymyślnych torturach. 

– Mogłaś też do mnie podejść – powiedziała tonem, jakby rozmawiała z upartym pięciolatkiem –Nie gryzę, gadam dużo, to prawda, ale od gryzienia mamy Arsenego. Nie ten kraj, nie ta reprezentacja. 

Jelena odetchnęła głęboko. Zacisnęła i zaraz rozprostowała pięści. Przez sekundę miała ochotę zapytać kim, że jest ten cały Arsene, ale to mogłoby sprowokować kolejną lawinę wyjaśnień i historii, a ona w sumie powinna już dawno być w szatni. 

– Nie wiedziałam, że tu jesteś. 

– Naprawdę? – Dara uniosła kpiąco brew. – Mówiłam, że będę. Jestem w Chinach od ponad tygodnia – wyjaśniła. – Koordynator siatkówki, pamiętasz? Musiałam zrobić pierwszy odbiór hali i hoteli, sprawdzić autokary i tak dalej. Do tego wznowiliśmy w tym roku program stażowy, a młodsi opiekunowie to zawsze papierkowa robota.

Jelena z zakłopotaniem podrapała się po głowie. 

– W sumie to nie mam pojęcia, czym zajmują się koordynatorzy – przyznała. – I w ogóle ludzie w IOS poza opiekunami. Jakoś tak... no nie było nam po drodze.

Lavigne parsknęła śmiechem. Machnęła ostatni podpis pod protokołem, schowała dokumenty do teczki i ruszyła w stronę szatni. Blagojević podążyła za nią, zastanawiając się, jak można tak szybko chodzić mając takie krótkie nóżki.

– Koordynatorzy spinają pracę opiekunów, zajmują się daną dyscypliną jako całość – wyjaśniła. – Jesteśmy ich bezpośrednimi przełożonymi. Nadzorujemy turnieje, przepływ informacji, komunikujemy się z federacjami. Jako pierwsi wiemy, że coś się dzieje i jako pierwsi podejmujemy ważne decyzje. W przeciwieństwie do opiekunów pracujemy cały rok, także w sezonie klubowym. Jak obecnemu lub byłemu reprezentantowi coś się stanie, to wkraczamy. Chronimy was, niezależnie od tego, gdzie gracie. 

– Strasznie odpowiedzialna robota. 

– Ale fajna. – Dara uśmiechnęła się szeroko, a Jelenia jakoś się tak cieplej na serduszku zrobiło. Dopiero teraz zauważyła spinkę, którą Francuska spięła włosy. Czerwono-złotego motyla, zrobionego z drucików i cieniutkiej siatki, która połyskiwała w świetle halowych jarzeniówek. 

– I że niby to jest fatum? – mruknęła po serbsku. 

Lavigne przystanęła i za zaciekawieniem spojrzała na trenerkę. Znów przekrzywiła głowę, co sprawiło, że jeden z kolczyków śmiesznie zawisł pośrodku jej szyi. 

– Mówiłaś coś?

– Nie. 

– A jednak coś słyszałam. 

Jelena znów się zmieszała. Odwróciła wzrok, nagle dziwnie zainteresowana szarą, podniszczoną wykładziną. 

– Mówiłam tylko, że… że masz fajną spinkę. – Machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Dziewczyny z Polski uważają, że przynosi im szczęście. 

Dara znów się uśmiechnęła, tym razem delikatnie, z wdziękiem francuskiej księżniczki. Wypięła spinkę z włosów i ostrożnie położyła ją na otwartej dłoni.

– To prezent od mojego brata – powiedziała. – Znalazł ją na pchlim targu w Paryżu. Lubili się tam włóczyć po lekcjach z Zosią i Stephanem. – W oczach koordynatorki pojawił cień smutku. Wbiła wzrok w motylka, który teraz wydawał się jeszcze bardziej błyszczeć. 

Zaraz jednak Dara otrząsnęła się jak zmokły pies. 

– Chcesz? Skoro przynosi szczęście. 

– Nie no, nie mogę… 

– Tylko na jutrzejszy mecz z Chinkami. I z Belgią. Dopóki nie wygracie. 

Za nim Jelena zdążyła zaprotestować, Dara przypięła spinkę do mankietu jej sztabowej bluzy. Motylek zaskakująco dobrze wpasowywał się w granatowy materiał. Serbka z zafascynowaniem obserwowała refleksy światła, skaczące po zawieszonych na cienkich drucikach bordowych kamyczkach. Było w tym coś kojącego, jakby świat na moment przestał szaleńczo biec. 

 

Chciała podziękować Francuzce, ale gdy podniosła wzrok, Dary już nie było. Ostał się jedynie delikatny zapach różanych perfum i trochę brokatu na podłodze. 

 

Spotkały się jeszcze tego samego wieczoru. W sumie przez przypadek, Jelena nie wiedziała, co ją tknęło. Do późna siedzieli z Terziciem analizując mecz z Polkami i przygotowując się do starcia z Chinkami. Nie bardzo wiedziała, co zrobić z motylkiem od Dary, więc ostatecznie przypięła go do górnej krawędzi laptopa. Zaciekawione spojrzenia reszty sztabu grzecznie zignorowała. 

Gdy skończyli dochodziła pierwsza w nocy i Blagojević nie marzyła o niczym innym tylko o śnie. 

A jednak zamiast prosto do pokoju ruszyła do hotelowego lobby. Spodziewała się, że o tej porze będzie raczej puste, restauracje zamykali o północy, bar niby działał do drugiej, ale w hotelu byli głównie siatkarki z sztabami, nikt nie zamierzał balować. 

Dlatego była szczerze zaskoczona, gdy okazało się, że w lobby jednak ktoś siedzi. Dara Lavigne kręciła się na krześle przy wysokim stole, w zamyśleniu przygryzając skuwkę od długopisu. Nogami dyndała w powietrzu, a drugą ręką co chwilę sięgała do miseczki z orzeszkami. 

– O, cześć! – pomachała Jelenie, prawie spadając z krzesła. – Nie powinnaś już spać? Późno trochę jest, ja to sobie mogę siedzieć, wyniki meczów ode mnie nie zależą, ale u ciebie jednak trzeźwy umysł i te sprawy, co nie? Bo jeszcze taktyka nie siądzie, Aleksić skoczy w prawo nie w lewo i co wtedy zrobicie? 

Blagojević parsknęła śmiechem. Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok. 

– Nie wiedziałam, że koordynatorzy to takie nocne marki. 

Dara ze świstem wypuściła powietrze. 

– Liga Narodów to bajzel. Mam z piętnaście zgłoszeń o naruszeniach BHP, a to dopiero pierwszy tydzień. – Machnęła ręką w stronę ekranu laptopa, na którym wyświetlały się skrupulatnie wypełnione tabelki w Excelu. – Klimatyzacja, źle zabezpieczone ekrany nad boiskiem, autokar bez ważnego przeglądu… Opiekunowie robią, co mogą, ale te osły w FIVB wiedzą swoje. My im, że nie, ta hala nie nadaje się do niczego poza rozegraniem miejskiego turnieju o puchar z ziemniaka, a oni tam wpychają rozgrywki międzynarodowe. My sugerujemy, że może warto zrobić przeglądy przed turniejem, a oni, że przecież mają czas. A potem się dziwi jeden z drugim, jak na organizację nadajecie. 

Jelena ze zrozumieniem pokiwała głową. 

– I musisz rozwiązywać te problemy o pierwszej w nocy? – Wyciągnęła rękę nad stołem i ukradła Darze kilka orzeszków. 

– Chcesz więcej? – Lavigne przysunęła miseczkę bliżej. – Mam w pokoju trzy paczki. Oryginalne, miejscowe, zawsze z Chin przywożę. 

– Obędzie się – Jelena zgrabnie wrzuciła sobie orzeszka do buzi.  – Zamierzasz tu siedzieć do rana? 

– A co, martwisz się, że się zamęczę? 

– Skoro koordynatorzy dbają o wszystkich, to ktoś musi zadbać o koordynatorów – wypaliła. 

Dara uśmiechnęła się nieznacznie. Przetarła dłonią zmęczone oczy. Przebiegła jeszcze raz wzrokiem po zgłoszeniu, ale ostatecznie tylko pokręciła głową i zamknęła Excela. 

– Dobra, masz rację, bo zaraz padnę. I jak sobie poradzicie bez koordynatora, co? Do tego, wiesz jak skomplikowane jest sprowadzenie ciała do Europy? 

– Nie i nie mam zamiaru się przekonywać. 

– Bardzo dobrze, tego się trzymajmy – Francuska poklepała Blagojević po ramieniu. 

Chciała zamknąć komputer, ale w tym momencie Jelena zauważyła dwie rzeczy. Po pierwsze, jak na tak chaotyczną osobę, ekran Dary był zaskakująco czysty. Żadnych ikonek aplikacji, przypiętych plików, nawet głupiego kosza. Tylko niebieski pasek i tapeta. 

I to właśnie zdjęcie na tapecie było drugą rzeczą, która zbiła Jelenę z tropu. Przedstawiało Darę, ale o dobre piętnaście lat młodszą. Stała na tle zamku w Disneylandzie, otoczona czwórką dzieci, w różnym wieku, dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Jelena rozpoznała wśród nich Timotiego, syna Stephana i Marie, córkę Zosi. Trzecią dziewczynkę, najmłodszą, Dara trzymała na rękach i Blagojević chwilę zajęło zorientowanie się, że to przecież mała Manoline Antiga. 

Pozostała dwójka wydała się Jelenie znajoma, choć nie była wstanie powiedzieć skąd. 

– To Daniel i Sara Falascowie – Lavigne jakby czytała w myślach trenerki. Nie uśmiechała się już, tylko pustym wzrokiem patrzyła w ekran. Cała energia, która sprawiała, że przypominała trochę elektrownię atomową nagle wyparowała. – No wiesz, od Miguela Falasci. 

Odwróciła się na krześle i oparła plecami o krawędź stołu. Skubała nerwowo rąbek spódnicy, chciała oprzeć stopy o podpórkę krzesła, ale były za krótkie, więc tylko zwisały smętnie w powietrzu.

– Miguela poznałam przez Stephana – szepnęła. Wydała się Jelenie jeszcze mniejsza. I krucha, jakby zaraz miała się rozsypać na milion kawałków. 

 – Początkowo nie byliśmy blisko, ale wszystkie chomiczki Zosi muszą trzymać razem. Gdy zmarł zajęłyśmy się z Zosią formalnościami, by choć trochę odciążyć jego rodzinę. Oni...To nie powinno się tak skończyć – pokręciła z rezygnacją głową. 

Jelena nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Z wahaniem objęła Darę i pozwoliła, by kobieta oparła głowę na jej ramieniu. Znów była ciepła, jak mały kaloryfer. Czuła jej oddech na swojej skórze, lekkie drżenie ciała, jakby koordynatorce było zimno. 

– Był cudownym człowiekiem – powiedziała nagle Dara. – Większość z was jest. Cudowni w życiu, niezniszczalni na boisku. A potem puf! I nagle was nie ma. A my jesteśmy bezsilni. 

– Przecież i tak robicie dużo… 

– Ale nie wystarczająco! – Lavigne jęknęła przeciągle. – Mamy… Mamy wszystko, wiesz? – przeczesała palcami włosy. – Procedury. Excele. Systemy szybkiego reagowania. Fundusze. A i tak… Czasami to za mało. – Schowała twarz w dłoniach. Nie płakała, jedynie oddychała ciężko, a jej plecy unosiły się nierównomiernie.  

Przez moment Jelena miała ochotę pogłaskać ją po włosach. Wstrzymała się jednak. Zamiast tego zsunęła się z krzesła, przykucnęła obok, zamknęła dłoń Dary w swoich i zmusiła, by kobieta podniosła wzrok. 

– Nic nie mogliście zrobić – powiedziała twardo. – Ani ty, ani Zosia, ani całe IOS razem wzięte. Nie jesteście cudotwórcami czy jasnowidzami. 

Dara uśmiechnęła się smutno. Coś w żołądku Jeleny wywróciło się na drugą stronę. 

Powinna teraz wstać. Pożegnać się i iść spać. Było późno, a następnego dnia miały grać kolejny mecz. 

Tylko, że nie potrafiła. 

Dara ruszyła się pierwsza. Odchrząknęła nerwowo po czym zamknęła laptopa i zaczęła zbierać papiery. 

– Idź spać – powiedziała jeszcze do Jeleny. – Bo jutro Chinki nie dadzą wam taryfy ulgowej – odwróciła się na pięcie i sprężystym krokiem odeszła w stronę wind. 

Po raz trzeci zostawiła Jelenę w kompletnym oszołomieniu. 

Chociaż nie.  Tym razem w jej głowie pojawiła się myśl, że koniecznie musi wysłać zdjęcie tych żabek. 

I to jak najszybciej.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz