środa, 1 lipca 2026

Rozdział 1

Rozdział 1

Kraków, 8 maja 2026

– Lot numer LO214 do Gdańska jest gotowy do przyjęcia państwa na pokład…

Zofia Krasicka poprawiła zatknięte na czole ciemne okulary. Zimna barierka wbijała jej w brzuch, ale i tak było to lepsze niż ból kręgosłupa, na który narażałaby się stojąc bez podparcia. Od czterdziestu minut stała w hali przylotów lotniska Kraków–Balice, w zniecierpliwieniu czekając na lot z Paryża. Specjalnie przyjechała piętnaście minut wcześniej. Lot był pół godziny opóźniony. Dopiero wylądował, co oznaczało kolejny kwadrans czekania. 

Zerknęła na telefon. Dochodziła dziesiąta. Jeśli się pospieszą po trzynastej będą w Rzeszowie. Ivan pisał, że sałatki są gotowe, rozstawił leżaki, w sumie to mogą przyjeżdżać, wszystko gotowe. 

I właśnie dlatego Zosia uwielbiała swojego męża. A on uwielbiał ją, co było dość satysfakcjonującą wymianą. 

– Sofiaaa! 

Zosi aż zabrakło tchu, gdy mała postać zamknęła ją w ciasnym uścisku. Przez chwilę zobaczyła wszystkie błędy przeszłe i przyszłe, z pijanym Rezende tańczącym kankana łącznie. 

– Też. Się. Cieszę. Że. Cię. Widzę – wycharczała po francusku. – Dara, miażdżysz mi żebra! 

– Oh, tak, sorry, trochę mnie poniosło. 

Osóbka nazwana Darą odsunęła się co prawda posłusznie, ale nadal stała niebezpiecznie blisko, naruszając cenną przestrzeń osobistą Zofii. Dodatkowo szczerzyła się głupkowato i przebierała z nogi na nogą, niczym mała dziewczynka, a nie prawie czterdziestoletnia kobieta. 

– Tak dawno cię nie widziałam, zdecydowanie za rzadko się spotkamy. Szczególnie teraz! Co to jest Paryż–Rzeszów, moja wina, mogę częściej przylatywać. Ale wiesz jakie jest IOS*, w kółko zmień to, leć tam, pokłóć się z tym, przekonaj FIVB, żeby nie wykończyło siatkarzy. MOR–DĘ–GA! Ale, co ja ci będę mówić, przecież sama wiesz. 

– Tak. Wiem – Zosia pokiwała głową. W sumie nie wiedziało, co ma wiedzieć. Przez cały wywód Dary skupiała się na jej ogromnych, okrągłych czerwonych kolczykach. Była przekonana, że za każdym razem, gdy się widzą, kolczyki Dary wydłużają się w jakiś magiczny sposób. – Pospieszmy się. Wolałabym nie utknąć w korku na obwodnicy. W jedną stronę już utknęłam. 

Chwyciła rączkę walizki przyjaciółki (żółtej w czerwone kropki, bo jakżeby inaczej) i pociągnęła w stronę wyjścia. Dara pobiegła za nią, ledwo nadążając i głośno stukając obcasami o marmurową podłogę. 

– Czy mogę najpierw zmienić buty? Jeszcze minuta i palce mi odpadną z tego gorąca!

Zosia nie oponowała. Przekonała jednak Darę, by może odsunęły się z przejścia (lepiej ograniczyć potencjalny kontakt fizyczny do minimum) i może znalazły kawałek jakiegoś krzesła (nie, nie będę cię podtrzymywać w locie, sama sobie radź). Dopiero wtedy Dara przebrała swoje czerwone lakierki w stylu Mary Jane na stylowe sandałki na koturnie z kolorowymi koralikami. 

– Ale wiesz, że to tylko grill? – Zosia zmierzyła krytycznym wzorkiem wysokość obcasa sandałków. Choć z drugiej strony, dla niej optymalną wysokością obcasa, był brak obcasa. 

– Owszem, wiem. I to grill siatkarski. Podziękuję za oglądanie pępków gości. 

– Bez przesady… 

– Mam metr pięćdziesiąt dziewięć. 

– Okej, zwracam honor. 

Dara znów uśmiechnęła się promiennie, a Zosi jakby serduszko zmiękło. Musiała przyznać – stęskniła się za kumpelą. Znały się w sumie całe życie, choć dzieliło je dobre dwanaście lat. Dara była młodszą siostrą przyjaciela Zosi z czasów szkolnych. Najpierw pałętającym się pod nogami dzieciakiem, potem nastolatką i doraźną opiekunką, a na końcu niezastąpioną współpracownicą w największej sportowej organizacji świat. I choć ich drogi rozeszły się jakiś czas temu, przyjaźń okazała się silniejsza niż pijańskie wybryki CEVu czy rakiety pewnego rosyjskiego imperatora. Stąd też, gdy w głowie Ivana, ukochanego bądź co bądź męża Zosi, narodził się pomysł by zrobić posezonowego grilla, Dara była pierwszą osobą, którą Zosia zaprosiła. I miała zupełnie gdzieś, który związek siatkarski przez to upadnie. 

W aucie Francuska przejęła całkowitą kontrolę nad systemem odtwarzania, znajdując najbardziej sztampową, musicalową playlistę jaką oferował Spotify. Na autostradę wjeżdżały więc w akompaniamencie Dancing Queen

– To kto ma w końcu być? – zapytała Dara, ściszając Beetlejuica, który błagał, by ktoś wymówił jego imię. – Bo ludzie siatkówki to dość szerokie pojęcie, raczej nie zaprosiłaś całej ligii, sprecyzuj więc proszę trochę. Zobaczę jakieś znajome twarze? A przynajmniej bardziej znajome niż zdjęcie w kartotekach? 

Zosia uniosła brew. Wrzuciła kierunkowskaz i gładko wyminęła wlekącego się prawym pasem kampera. Jej ukochany lexus zamruczał aż miło. 

– Stephane powinien być… 

– Nasz Stephane?! Antiga?

– Pod warunkiem, że go Stephanie gdzieś po drodze nie wysadzi. Jadą z Lublina, a to kawał drogi. No i ciągną na ogonie trzech Kanadyjczyków, którym się w Polsce nudzi. 

– Noooo… 

– Co nooo? 

– No kto jeszcze?! – Dara zatuptała sandałkami w wycieraczkę. – Błagam powiedz, że Misia Winiarskiego ściągniesz, nawet nie wiesz, jak mi brakuje tych niebieskich oczu – westchnęła z rozmarzeniem. 

– Nie, Winiarskiego nie będzie, jeszcze nie wytrzeźwieli po mistrzostwie. Wlazłego też nie i błagam, nie pytaj mnie nawet o Ignaczaka, bo nawet na pogrzeb bym go z własnej woli nie zaprosiła. 

Dara naburmuszyła się. Oparła głowę przez szybę i przez chwilę wpatrywała się w drzewa za oknem. 

Wytrzymała całe Wait for me. Co było swoistym rekordem. 

– A inni? Bo będą inni, prawda? Mówiłaś, że Ivan pół ligi sprosił. 

– Pół to przesada, tak jedną czwartą. Tillie z Toniuttim będą, to z Francuzów. Kilka dziewczyn ode mnie z Developresu, wpadnie Wrona, Blair Bann, Zatorskiego kojarzysz chyba, co nie? O i Sohji z nim będzie. 

– Eric czy Kawika? 

– Eric, Kawika przecież już też nie gra, w Stanach siedzi. 

– Wiem. Ale ciebie wszyscy uwielbiają. Nie zdziwiłabym, gdyby przyleciał specjalnie na twoją imprezę. Ja tak zrobiłam. 

– I jestem tym faktem niezmiennie ukontentowana. A teraz proszę, pogłośnij łaskawie. To Hamilton. 

Oczywiście na autostradzie był remont, dotarły więc dotarły pod Rzeszów z prawie godzinnym opóźnieniem. Gdy dotarły na miejsce, Dara aż zagwizdała z podziwem. Kute, bogato zdobione skrzydła bramy otworzyło się automatycznie, a ich oczom ukazał kręta droga biegnąca przez piękny park. Na samym końcu majaczył parterowy dworek z fontanną przed wejściem. 

– Nie wierzę, że IOS płaciło wam tyle, że was na to stać – zawyrokowała Dara, gdy stanęły przed gankiem zdobionym dwoma stylowymi kolumienkami. – Przyznaj, sprzedawałaś zdjęcia nagich torsów siatkarzy, prawda? A Ivan przemycał je przez granicę? 

– Mamy firmę ochroniarską, zapomniałaś? Kręci się już w sumie sama, ale za samego Ronaldo skasowaliśmy w zeszłym roku równowartość tego domu. 

– Ochraniacie Ronaldo?

– Bardziej jego żonę, ale tak – Zosia wyjęła z bagażnika walizkę Dary. Skrzywiła się nieznacznie, gdy noga znów dała o sobie znać. Pewnie powinna dać się obejrzeć chociaż klubowemu fizjoterapeucie. Tylko to sprowokowałoby pytania o Chersoń. Wolała, by nie pytali. 

– Z tyłu jest taras z grillem, wszyscy pewnie się tam kręcą. 

Przeszły przez wysoki, otwarty hol na drugą stronę domu. Na tarasie kręciło się parę osób, w tym Ivan, który właśnie nakładał olbrzymią karkówkę Kevinowi Tillie. 

Widząc żonę Ivan uśmiechnął się nieznacznie. Choć uśmiech to za dużo powiedziane. Skinął głową na powitanie po czym wrócił do przewracanie mięs. 

Kevin Tillie za to na widok kobiet zbaraniał totalnie. Zmroziło go, to otwierał, to zamykał buzię, wodził spojrzeniem od jednej do drugie, aż jego wzrok zatrzymał się na drobnej Francuzce. 

– Daaraaa!

– Kevinek! 

Dara i Kevin padli sobie w ramiona, jakby byli rozdzielonymi przesz wojnę kochankami. Wyprzytulali się, wycałowali, a żona Till’ego tylko przypatrywała się temu z uniesionymi brwiami. Podobnie zresztą jak reszta z kilkunastu osób, które wyległy na taras, by przywitać najnowszego gościa. 

Dara omiotła ich wzrokiem. Większość twarzy kojarzyła z siatkarskich parkietów, głownie z kartotek zawodniczych, ale było też parę z czasów, gdy pracowała jako opiekun reprezentacji Francji. Jeśli kogoś nie kojarzyła, to planowała to szybko zmienić. 

– Cześć wszystkim – wyszczerzyła się najszerzej jak potrafiła. –  Dara Lavigne jestem, jeśli jeszcze tego nie wiecie i zamierzam was wszystkich wyściskać! 

 

W tym samym czasie, gdy na tarasie Dara terroryzowała gości, w głębi ogródka Jelena Blagojević przeżywała najlepszy dzień swojego życia. A przynajmniej ostatniego pół roku. Leżała sobie na leżaczku (przyniesionym przez Ivana), popijała piwo bezalkoholowe (przyniesione przez Ivana), zajadała truskawki (również przyniesione przez Ivana) i gawędziła z Pauliną Peret (która akurat przyniosła się sama). Było ciepło, wiatr powiewał delikatnie, a ona nie musiała myśleć o niczym poza odpowiednią warstwą kremu z filtrem. 

Życie było cudowne. 

– Uważam, że zatrudnienie Zosi było moim najgenialniejszym pomysłem – Paulina wepchnęła sobie do buzi już chyba trzeci kawałek cytrynowej strucli. – Jeśli będzie organizowała takie imprezy co roku, to jestem gotowa łożyć na jej wynagrodzenie z własnej kieszeni. 

– Z tego co wiem, grill był pomysłem Ivana – zauważyła Jelena, nawet na moment nie otwierając oczu. – Zresztą Zosia i tak prawie wolontariat u nas robi, w porównaniu z tym, co oferowało jej IOS za dyrektorstwo. 

– FIVB chyba też coś dla niej miało, prawda? 

– Tak. Ale wyśmiała Azevado* i kazała mu spadać na drzewo. 

– Też bym tak zrobiła. 

– Dlatego się przyjaźnimy.

Paulina parsknęła śmiechem i sięgnęła po kolejny kawałek ciasta. Jelena za to osunęła się głębiej w fotel. Pozwoliła, by słoneczko grzało ją przyjemnie, powoli odpływając w krainę snu. 

Spokój, święty spokój, jak ona tęskniła za spokojem! I słońcem, na siatkarskich halach było zdecydowanie za mało słońca. 

Nagle poczuła na skórze nieprzyjemny chłodek. Z niechęcią uniosła ciemne okulary by sprawdzić, co za baran zabiera jej cenne słoneczko. 

– Potrzebujecie czegoś? 

Przed nim stał cudowny Ivan we własnej osobie. Dwa metry wzrostu, prawie tyle samo w barach, łysa czacha, łapy jak bochny chleba oraz opięty fartuszek z napisem „Kiss the chief” i dopiskiem cyrlicą po ukraińsku „najlepiej w dupę”.

– Nie, na razie nic. Jest cudownie – Paulina uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. – Ktoś nowy przyjechał? 

– Zosia przywiozła Darę z lotniska. I za dziesięć minut będą Antigowie. Stephane dzwonił, mówił, że byliby nawet wcześniej, ale zgubili po drodze chłopców z Kanady. 

– Ale znaleźli? 

– Co znaleźli? 

– No chłopców z Kanady. Byłoby smutno, gdyby ich jakieś miśki zżarły. 

Ivan zadumał się na moment. Prawą ręką podrapał się po brodzie, lewa zwisała mu bezwładnie wzdłuż ciała. 

– Nie za duzi by byli dla niedźwiedzi? Żeby niestrawności nie dostały. 

– W kawałkach by ich zjadły. Albo zrobiły zapasy na zimę. 

Ivan pokiwał głową, jakby to wyjaśnienie rozwiązywało wszystkie problemy ludzkości. 

W tym momencie do ich uszu dobiegł warkot silnika, potem huk i wyjątkowo literacka wiązanka francusko–polskich przekleństw (z przewagą tych polskich). 

– O, Stephane jest. Idziecie się przywitać? 

– Ja idę! – Paulia poderwała się z fotela. – Jela? 

W sumie to Jelena z chęcią przywitałaby się z Stephanem, w końcu pracowali razem przez dobre pięć lat. Zresztą obiecali sobie smsowo, że będą dzisiaj pić na pohybel pięciomeczowym finałom. 

Tylko, że tak dobrze jej się polegiwało…

– Potem przyjdę. Nie uciekną raczej. 

– Jak tam chcesz – Paulina wzruszyła ramionami. 

– Z tyłu ogrody jest mały strumyk. Ładne zdjęcia wychodzą – dodał Ivan, wskazując na leżący na stole aparat Jeleny. Trenerka zgarnęła go w sumie odruchowo, nie licząc, że będzie jej się chciało ruszyć dalej niż do kuchni. Teraz jednak nabrała ochoty na rozruszanie starych kości. 

Odprowadziła wzrokiem Paulinę i Ivana. Szli powoli, bo Ivan powłóczył prawą nogą. Gdy zniknęli na tarasie, Jelena jeszcze przez chwilę rozkoszowała się błogim lenistwem. Potem jednak, pchnięta nagłym przypływem ambicji, wzięła aparat i ruszyła na spacer po ogrodzie. 

Teren wokół dworku stanowiły trzy hektary parku połączonego z ogrodem. Były to piękne, stare dęby, urodzajne drzewa owocowe i krzaki poziomek. Większość ludzi uważała zakup takiej posiadłości za fanaberię bogaczy, ale Jelena znała prawdziwą motywację Zosi, gdy wybierała dom. Przez ostatnie cztery lata zaprzyjaźniły się, a Blagojević mogła obserwować życiowy rollercoaster Krasickiej. Najpierw, w 2019 był pełen nadziei wyjazd do rodzinnego Chersonia Ivana. Nowy, ambitny projekt, rozwój sportu na niespotykaną skalę. Coś wielkiego i całkowicie w stylu małżeństwa. Kolejne sukcesu, kolejne założone akademie, których nawet covid nie dał rady zeżreć. 

A potem wybuchła wojna. Ivan, były wojskowy, zaciągnął się od razu. Zosia dołączyłaby do niego bez wahania, z wykształcenia była lekarką, ale miała szesnastoletnią córkę pod opieką. Udało im się uciec do Polski, choć nie było to proste. Zamieszkały w Rzeszowie. Zosia zaczęła znajdować sobie coraz to dziwniejsze hobby, byle tylko zająć czymś myśli. 

W końcu, gdy była o krok od zrobienia kursu jaskiniowego, Antiga jako najlepszy przyjaciel powiedział dość. Zwrócił się o pomoc do Pauliny Peret i Marka Pieniążka, licząc na to, że skoro znają środowisko rzeszowskie, znajdą Krasickiej jakieś zajecie. To Paulina wpadła na to, że w sumie potrzebuje kogoś do pomocy przy kierownikowaniu drużyny, ogarnianiu bezpieczeństwa klubu i ogólnie od spraw BHP–owo krytycznych. A że dla Zosi pieniądze nie były ważne, to szybko doszły do porozumienia i tak Krasicka stała się pierwszym w historii polskich lig „opiekunem zespołu do spraw beznadziejnych”. 

Miało być dobrze. Tylko, że w grudniu 2023 Ivan prawie zginął na froncie. Nikt nie powiedział Zosi, co się dokładnie stało. Wiedziała tylko, że był w krytycznym stanie, ledwo go odratowali, a gdy już się obudził, wymagał rehabilitacji tak zaawansowanej, że trzymanie go na Ukrainie mijało się z celem. Krasicka ściągnęła więc męża do Polski i stanęła na głowie, by przywrócić mu sprawność.  

Jelena wiedziała więc, że po tym wszystkim ten dom był ostatnią bezpieczną przystań, na którą Zosia mogła liczyć. Ostatnie miejsce, w którym Marie nie patrzyła nerwowo w niebo, a Ivan zasypiał spokojnie. Nikt nie miał prawa im tego odebrać. 

Drzewa w parku zaczęły gęstnieć, ścieżka zniknęła, ale Jelena nie zwróciła na to uwagi. Z zamyślenia wyrwał ją szum wody i czyjś głos. Zatrzymała się w pół kroku. Przy brzegu strumyczka stała drobna kobieta. Przypominała trochę rusałkę, choć bardziej z narkotykowych majaków artystów niż dziecięcych książek. Miała na sobie dżinsową rozkloszowaną spódnicę, która powiewała na każdym kroku, białą bluzkę z bufiastymi rękawami i najdłuższe kolczyki koła, jakie trenerka kiedykolwiek widziała. Ciemne włosy spięła żółtą wstążką, a jakimś cudem udało jej się nie wywalić na mokrych kamieniach, choć miała sandałki na niebotycznie wysokich koturnach. 

Kobieta wydawała się nie zauważać Jeleny, nawet, gdy ta podeszła bliżej. Wpatrywała się zawzięcie coś w wodzie, z rękami założonymi na plecach i lekko zmrużonymi oczami. 

– Cześć – odezwała się nagle, nawet nie patrząc na trenerkę. Mówiła po angielsku, ale z charakterystycznych francuskim zaciągiem, który Jelena słyszała u Stephana.

– Cześć. 

– Ty jesteś Jelena, prawda? 

– Owszem. A ty Dara? 

– Tak.

Przez chwilę stały w ciszy. Strumyk i szum drzew zagłuszały wszelkie odgłosy z zewnątrz, dając wrażeniem, jakby znajdowały się w środku lasu, a nie tylko w ogródku na przedmieściach Rzeszowa. 

– Co robisz? – zapytała w końcu Jelena. 

– Oglądam żaby. 

– Żaby? 

– Patrz – Dara wskazała na coś w wodzie. 

Jelena pochyliła się bardziej. Dopiero teraz dostrzegła malutką, zieloną żabkę, która powolutku wychylała się z zagłębienia między kamieniami. Stworzonko rozglądnęło się na boki, a gdy upewniło się, że jest bezpiecznie, szybko przepłynęło na drugą stronę strumyczka i zniknęło w wysokiej trawie. 

– Dlaczego nie zrobiłaś zdjęcia? 

Jelena zamrugała zaskoczona. Po pierwsze – kompletnie zapomniała o przewieszonym przez ramię aparacie. Po drugie – nie spodziewała się, że Dara go zauważyła. 

– Ja… 

– Tam jest druga. Patrzy. 

Spojrzała w stronę wskazaną przez Francuskę, ale dostrzegła tylko jeszcze więcej kamieni. 

– Nie, nie tam. Tam. – Dara chwyciła rękę Jeleny i ustawiła ją tak, by wskazywała grupkę lilii parę metrów dalej. – Widzisz? 

Tak, teraz Jelena widziała. Kolejna żabka, siedziała sobie spokojnie na liściu lilii, prawie całkowicie wtapiając się w tło. Nie wydawała się gdziekolwiek wybierać, więc Blagojević sięgnęła po aparat. Zrobiła kilka bardzo ostrożnych kroków po śliskich kamienia. Przykucnęła, by lepiej złapać żabę w kadrze. Udało jej uchwycić śliczne ujęcie żaby z kwiatem w tle, za nim zwierzę postanowiło się zbuntować i wskoczyć do wody. 

– Pokaaaaż! – Dara momentalnie pojawiła się obok. Chciała zajrzeć Jelenie przez ramię, co było cokolwiek trudno, bo nawet z koturnami, dzieliło je dobre piętnaście centymetrów. 

Lavigne była jednak uparta, co najmniej jak osioł (choć Zosia twierdziła, że nawet osły nie są tak uparte). Stanęła więc na palcach, a żeby utrzymać równowagę oparła się o plecy Jeleny. Sprawiła w ten sposób, że równowaga opuściła je obie. 

Blagojecić machnęła niekontrolowanie ręką, zachwiała się do przodu. W ostatniej chwili udało jej się ochronić aparat, za nim obie z Darą  z pluskiem wpadły do wody. 

Chwilę zajęło zanim Jelena zorientowała się, co się stało. 

Fakt pierwszy – była mokra. Tak od pasa w dół, nie do końca równomiernie. 

Fakt drugi – bolał ją tyłek. Na szczęście tylko tyłek. Kość ogonowa zapewne. 

Fakt trzeci – nie mogła wstać. A nie mogła wstać, bo przygniatało ją sześćdziesiąt kilo żywej wagi.

– Czy mogłabyś się łaskawie podnieść.

– Po co?

Jelena wzięła bardzo głęboki oddech. A potem jeszcze jeden. W ostatnim sezonie nauczyła się brać naprawdę głębokie oddechy. 

– Tak jakby zgniatasz mi wnętrzności. Lubię swoje wnętrzności. 

W sumie w innych okolicznościach mogłoby to być nawet przyjemne. Francuska była kojąco ciepła. Trochę jak rodzinny kundelek Jeleny, który upierał się z nią sypiać, za każdym razem, gdy wracała do Serbii. 

– Też lubię swoje wnętrzności – stwierdziła Dara, wstając grzecznie. – Przepraszam, nie chciałam, żeby to tak wyszło. – Podała rękę trenerce i pomogła jej wstać. – Aparat cały? Mogę odkupić, jak coś, albo za naprawę zapłacić, nie znam się na sprzęcie, ledwo telefonem zdjęcia robię, ale wiem, że niektórzy są do swoich zabawek przywiązani, znam takiego jednego Francuza, co uwielbia swój laptop, po prostu świata poza nim nie widzi. Chcieliśmy mu dać nowy, służbowy, to nieeeee, on ma swój, łapy precz… Przepraszam, chciałaś coś powiedzieć? 

Dara z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. O tak, teraz zdecydowanie przypominała Jelenie małego, rozbrykanego szczeniaczka, mimo że przecież musiały być w podobnym wieku. 

– Tylko tyle, że aparat wygląda na cały. 

– To dobrze – Lavigne uśmiechnęła się szeroko. – Wyślesz mi potem zdjęcia żaby? 

– Żaby? 

– Te, które zrobiłaś. Bo przecież zrobiłaś zdjęcia, prawda? 

– Ja… 

– No i super! To poproszę je później. 

Jelena czuła, że zaczyna ją boleć głowa. Potrzebowała więcej truskawek, leżaczka i strudli. 

I piwa. Już nie bezalkoholowego. 

– Lepiej wracajmy, jeszcze Ivan pomyśli, że gardzimy jego karkówką – Dara odwróciła się na pięcie i odbiegła, podskakując radośnie. Blagojević podążyła za nią, poważnie zastanawiając się, czy wszyscy pracownicy IOS po prostu nie ćpają czegoś. 

W domu przywitała ich impreza w rozkwicie. Kanadyjczycy wytrzasnęli skądś głośnik i teraz kłócili się z dziewczynami z Developresu o dobór repertuaru. Zatorski, Sohji i Toniutti dorwali się do pistoletów na wodę, zawarli pakt dwóch libero i rozgrywającego, i gonili biednego Till'ego po całym ogródku. Nawet najmłodsze siatkarskie dzieci miały zajęcie, bowiem Zosia z Ivanem rozstawili im basenik i mały dmuchany zamek. 

– Jela! – z jednego z foteli rozstawionych pod ogromnym parasolem machał do niej Antiga, uśmiechając się przy tym tak szeroko, jak tylko Stephane potrafił. Obok niego siedziała żona, całkowicie pochłonięta rozmową z Zosią Krasicką. 

– Mieliśmy pić – oznajmił, gdy Blagojević opadła na fotel obok. 

– To mało wychowawcze stwierdzenie jak na sportowca. 

– Raz można – Antiga machnął ręką. – Dziennikarzy widzisz? Nie. Prezesów? Też nie. Twoje dziewczyny zrozumieją, moi chłopcy zrozumieją, wszyscy będą szczęśliwi, prawda? 

Jelena nie zamierzała się sprzeczać. Przez kolejne godziny bawiła się zresztą doskonale. Wypili z Stephanem za klątwę srebrnego medalu, najpierw wino, potem przyniesioną przez Ivana wódkę. Omówili wszystkie bolączki sezonu, życia i egzystencji około ludzkiej i nieludzkiej. 

Stephane odpadł pierwszy, Jelena miała mocniejszą głowę, bałkańskie geny robiły swoje. Gdy późnym wieczorem towarzystwo rozeszło się do pokoi lub powoli zaczynało wracać do siebie, ona nadal siedziała w fotelu na tarasie, jedynie lekko przymroczona. 

– Już rozumiem, dlaczego Zosia cię lubi – Na miejsce, na którym wcześniej siedział Stephane, teraz usiadła Dara. Nadal wyglądała doskonale, nawet włosy miała idealnie upięte, jakby nic sobie nie robiła z panującego skwaru. – Przyniosłam ci trochę soku. Wiesz, tak na wszelki wypadek. 

Jelena z wdzięcznością sięgnęła po szklankę. Przez chwilę siedziały w ciszy, wpatrzone w spowity ciemnością ogród. 

– Zosia mnie naprawdę lubi? – zapytała w końcu trenerka. Niby to wiedziała, ale co innego wiedzieć, a co innego usłyszeć to od kogoś, kto zna Krasicką całe życie. Szanowna pani opiekun raczej nie była zbyt wylewna w okazywaniu uczuć. No, może poza ogólną dezaprobatą dla całego otaczającego ją świata. 

– Noooo… Jesteś jednym z jej chomiczków. 

Jelena prawie zakrztusiła się sokiem.

– Co proszę? 

– No chomiczków. Zosia kolekcjonuje ludzików, którymi się opiekuje, pomaga i na których jej zależy. Ja też jestem chomiczkiem. I Stephane. I Miguel Falasca był, ale tego lepiej jej nie przypominać. 

– Będę pamiętać – prychnęła Blagojević. Usiadła głębiej w fotelu. Czuła się cokolwiek niezręcznie pod ciekawskim spojrzeniem Dary. Jakby kobieta miała rentgen w oczach i była wstanie dojrzeć najgłębsze zakamarki duszy Jeleny.  

– W każdym razie, fajna jesteś – Lavigne wstała niespodziewanie. –  Widzimy się w Chinach – rzuciła jeszcze, a potem zniknęła w domu. 

A Jelena mogła tylko dalej gapić się w pustą szklankę po soku. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz